piątek, 27 lipca 2018

LW dzień 5- przed Niceą

LW dzień 5
Jesteśmy na obrzeżach Nicei. Nie będę pisała o podróży, bo oczywiście prawie całą przespałam. Ponieważ dziś poniedziałek, spodziewając się pozamykanych muzeów, przeznaczyliśmy cały dzień na podróż. Jutro czeka na nas kilka atrakcji w mieście. Póki co, zabookowaliśmy się. Dojazd tu był równie piękny jak nieoczekiwanie niebezpieczny. Wąziutkie, czasami jednokierunkowe uliczki z zakrętani mającymi ponad 150 stopni i ciągle tylko w górę i w dół. Nie znoszę dobrze takich podróży. Ponieważ większość miasta jest na stokach, chcąc odebrać naturze trochę miejsca częstym widokiem są tu mury oporowe; np.wzdłuż autostrady ciągnie się wielka betonowa ściana ale żeby nie było zbyt monotonnie powiezoni na nie wielkie, również betonowe donice. Ponieważ, jak nie trudno się domyśleć podlewanie roślinności w takich warunkach nie jest prote, posadzono w nich...wielkie kaktusy;))))



Po miejscach, gdzie płaciliśmy do 30 euro, dzisiejsze 42 troszkę nas zblokowało. Ale co tam;))) przecież to lazurowe wakacje))) Camping zyskuje przy bliższym poznaniu, a w szczególności po drugiej butelce, oczywiscie lokalnego, wina)));- jest basen, pan śpiewający na żywo i piękne widoki))) Nie ma co narzekać, bo nie ma gdzie uciekać)))
Jutro przed nami atrakcje miasta)))
Ps. Jest po 22giej, młody artysta umilkł, wszyscy powoli, zmęczeni upalnym dniem rozchodzą się na sypoczynek.
Przed naszym namiotem widok na wzgórze porośnięte winoroślami. Pośród nich dom z rozłożystym dachem i wielkim tarasem. Widok z niego, ponad zboczem, na którym jesteśmy, sięga morza. W porze kolacji po tarasie biegała trójka dzieci a między nimi jakaś kobieta chcąca, jak przypuszczam, ich zabawiać;- cudny widok cudownego dekadenckiego życia))) Może to wnuki przyjechały do swoich dziadków na czas lata ze swoją prywatą nianią i cieszą się nadmorskim klimatem i wakacyjną swobodą? Kto wie...??))))

LW dzień 4- Lyon

22 lipca 2018, dzień czwarty.
Za nami Lyon.
Korzystając z wygodnego miejsca nocowania zdecydowaliśmy się na dojazd do miasta samochodem. Miła pani na recepcji proponowała wprawdzie pociag ale przeanalizowaliśmy za i przeciw:
- wygodny dojazd pociągiem ale dziś niedziela więc rzadko kursują;
- drogie parkingi w mieście ale koszt pociągu to 54 euro plus koszt za metro w komunikacj miejskiej;
- zakorkowane miasto, ale dziś niedziela więc może nie będzie najgorzej ?));
- i chyba najważniejszy argument, że (właśnie) jest niedziela więc sklepy zamykają o 14stej a my potrzebujemy coś na kolację.
Ostatecznie wyprawa samochodem była dobrą decyzją. Krzyś znalazł parking na obrzeżach miasta, dosłownie nad pierwszą stacją metra. Pomyśleliśmy trudno, zapłacimy za cały dzień ale wygodnie będziemy przemieszczać się metrem.
Pierwszy punkt to Muzeum Cywilizacji z przyległymi starożytnymi amfiteatrami - były dwa, większy i mniejszy.
Zanim tam jednak dotarliśmy, wychodząc z metra nie poszliśmy jak większość ludzi do kolejnych schodów jadących do góry, bo to pewnie do innej lini metra, tylko opuściliśmy stację metra i krętymi, bardzo stromymi uliczkami zawzięcie podążaliśmy do celu.
Pogoda iście wakacyjna, 29 stopni słońce pięknie oświetla stare mury miasta i nas przy okazji, z córką robimy urokliwe zdjęcia, wreszcie jest; wejscie do muzeum. Weszliśmy, kupiliśmy bilety, poprosiliśmy o elektronicznego przewodnika ale.....nagrania były w ośmiu językach tylko nie po polsku. Pomyślałam, że czy wezmę po francusku, czy p japońsku, to na jedno wyjdzie więc - będziemy czytać opisy pewnie będą po angielsku? Pewnie;) albo i nie;)))
Skłamałabym mówiąc, że nic nie było po angielsku ale umówmy się, jak dotąd przewodników po polsku nie ma wcale a informacje po angielsku to też raczej rzadkość. Generalnie we Francji mówimy po fancusku;)))








Wychodząc z muzeum, ponad nim zobaczyliśmy wieżę kościelną. Naszym zwyczajem - skoro jest kościół to trzeba tam zajrzeć;))) Wdrapaliśmy się kolejne kilka metrów stromego podejścia i naszym oczom ukazała się przepiękna Bazylika Notre-Dame de Fourviere. Wybudowana w XIX wieku z prywatnych funduszy jako znak triumfu chrześcijańskich wartości nad komuną gminy Lyon.







Jest równie wielka jak i piękna a w jej wnętrzach znajduje się krypta św. Józefa. Z jej tarasów roztacza się przepiękna panorama na miasto.



Myśląc o dalszym kierunku zwiedzania, między kaminiczkami zobaczyliśmy tłumek ludzi znikających pod ulicą. Okazało się, że można spokojnie i wygodnie zjechać kolejką do tej samej stacji metra, z której tak ambitnie wdrapywaliśmy się do góry. Cóż, na przyszłość będziemy wiedzieli;)))
Przejażdżka kolejką całkiem jak zjazd z naszej Gubałówki;)))
Kolejny punkt to Katedra św. Jana Chrzciciela z XII wieku. Trwający remont utrudniał dokładne zwiedzanie ale można było podziwiać zegar astronomiczny z XIV wieku i piękne witraże z Żywotem Jana Babtysty.




Następnie ze ścisłego centrum Starego Miasta, ciasnymi i zatłoczonymi uliczkami zmirzaliśmy nad rzekę by mostem przejść na drugą stronę miasta gdzie chcieliśmy zobaczyć Plac Bellecour z posągiem Ludwika XIV, który jest największym placem miasta Liony. Jest większy niż Plac Czerwony i jest to największy plac dla pieszych w Europie.

Ostatnim punktem był dworzec kolejowy, to hołd dla upodobań mojego męża;))



Po bardzo wyczerpującej wycieczce, dotarliśmy spowrotem do samochodu i wyjeżdżając z parkingu okazało się, że cały postój był za koszt zakupionego biletu na metro;)))- miła informacja;))
Dzisiejszy dzień, pełen strawy dla ducha, zamykamy skromną kolacją dla ciała. Pozamykane sklepy sprawiły, że jakimś przypadkiem znaleźliśmy otwartą jeszcze piekarnię. Jeszcze ciepłe bagietki z pozostałościami ze śniadania musiały nam wystarczyć. Na szczęście coś jedliśmy w mieście;))
Lyon to piękne miasto, dopiero teraz, wieczorem rozmawiając, o całym dniu i układając sobie wiedzę w głowie, mamy ochotę jeszcze tam trafić;)))


sobota, 21 lipca 2018

LW- dzień 3, gdzieś pod Lionem;)

20 lipca 2018
Dzień trzeci; wjechaliśmy do Francji. Zanim to jednak nastąpiło cały dzień jechaliśmy a ja cały dzień spałam;)). No może nie całkiem cały, pamiętam, że stanęliśmy gdzieś na stacji a później już obudzili mnie u celu dzisiejszego noclegu. Miasteczko jest małe, gdzieś pod Lionem; jutro jedziemy zwiedzać miasto. Dziś był tylko spacer po najbliższej okolicy.


/tu miały być zdjęcia ale chyba internet jest zbyt cienki?))) ; będą jutro;)))/

Ładnie tu, choć poprzedniej nocy przeszła tędy olbrzymia wichura z ulewnymi deszczami; na szczęście to było dobę temu;))

LW dzień 2- W Mercedesie parkometry benc;)

20 lipca 2018
Kolejny dzień w podróży. Cały dzień jechaliśmy przez Niemcy. Najpierw jednak, wyjeżdzając z Lipska chcieliśmy zobaczyć Pomnik Bitwy Narodów. Ojejku, jejku ilo to betonu. Trzeba jednak przyznać, że wrażenie robi olbrzymie.


Z lipska ruszyliśmy w stronę Sttgardu. Celem było muzeum Mercedesa.
To, co tam zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wooow!!!!!!! To nie muzeum motoryzacji, to szczyt kunsztu sztuki, techniki i poczucia smaku.


Poza mnóstwem flagowych modeli Mercedesa można zapoznać się z historią Niemiec na tle przemian światowych. Wszystko zaaranżowane w wielopiętrowym betonowym budynku. Każde piętro poświęcone innemu przeznaczniu pojazdów.






Jesteśmy bardzo ciekawi świata i zwykle udaje nam się zobaczyć wyjątkowe miejsca dzięki wielkiemu szczęściu, tak było i tym razem. Cały dzień w podróży ciągnął się w nieskończoność. Martwiło nas, że wystawa, na której tak zależało szczególnie panom, będzie zamknięta o 18stej. Dojechaliśmy na miejsce o 17.10. Niby nie źle? Niby, bo ostatnich zwiedzających wpuszczli na godzinę przed zamknięciem. Wszyskie kasy były zamknięte. I co?- Miejsce zdaje się być tak ciekawe, że trzeba tu wrócić. Córka podeszła do kogoś z obsługi i zaczęła pytać o której otwierają i ile czasu trwa zwiedzanie...? Miły Niemiec, który na wstępie ze znudzoną miną zaznaczył, że nie mówi po angielsku, zapytał:
- A skąd właściwie jesteście?
 - Z Polski, odpwiedziała Karolina z miną niewiniątka.
Niemiec popatrzył na zegarek, zajrzał pod kontuar i wyjął spod niego 4 wejściówki VIPowskie.
- Idźcie z tym do bramek, o tam pokazał palcem, bo widział, że kiepsko rozumiemy jego ojczystą mowę. Macie ponad pół godziny, później zamykamy.
Pobiegliśmy do wskazanego miejsca, później do futurystycznej windy, która zawiozła nas na najwyższe piętro ekspozycji.
Niecałe 40 minut, to czas najszybciej pokonanej powierzchni muzeum, w jakim byłam. Szkoda, bo miejsce warte jest zatrzymania na dłużej ale jak powiedział znajomy: "podróże kształcą kształconych". Narobiliśmy mnóstwo zdjęć, w domowym zaciszu, oglądając je będziemy musieli nadrobić wiedzę teoretyczną;)))
Niemcy to niesamowici ludzie. Są bardzo "pod linijkę";))) Zamknięcie o 18stej oznacza, że o tej porze gasną światła i wyłączają się wszystkie automaty. Wszystkie!!!! Włącznie z tymi na parkingu by zapłacić i wyjechać samochodem.
Okazało się, że zanim niespiesznie zwiedzający opuścili gmach główny, żeby nie było nie byliśmy sami, na parkingu przy automacie parkingowym zebrał się spory tłumek. Miła pani z obsługi mocno tłumaczyła się, że to nie jej wina, że bramki już nie działają, że awaria systemu....
Nie wiele rozumieliśmy ale robiąc minę równie zdziwioną co oburzoną czekaliśmy na rozwój wydarzeń. W końcu wszyscy zostaliśmy poproszeni o rozejście się i odjechanie a pani każdemu zwolni wyjazd.
Tym sposobem, szczęściem wariata zaoszczędziliśmy po 8 euro za osobę za bilety do muzeum i co najmniej 3 euro za pstuj na "płatnym" parkingu;)))
Teraz jesteśmy na Campingu w Tubingen; w malowniczym miasteczku uniwersyteckim gdzie 1/4 mieszkańców to studenci;)))

LW dzień 1 - Noc u Wróżki;)

19 lipca 2018
Uprzejmie donoszę, że wakacje 2018 uważam za rozpoczęte.
Kosztowało mnie to wyjątkowo dużo pracy i zamieszania. Pracowałam jak automat żeby zdążyć do samochodu, który skrzętnie był pakowany i przygotowywany do wielkiej wyprawy przez resztę zniecierpliwionej rodziny. Tak, rodziny;)), bo nasze dorosłe dzieci bardzo chętnie biorą udział we wspólnych, bliższych i dalszych wyjazdach.
W tym roku wszystko było zagadkowe do ostatniej chwili. Poza tym, że wstępnie ustaliliśmy termin, miejce samego wyjazdu było mocno "otwarte". Wszystko wskazywało, że zakochani we Włoszech nadal będziemy rozwijać to uczucie ale zupełnie nieoczekiwanie, ktoś rzucił: - może południe Francji? I tak zostało;))
Ruszyliśmy koło ósmej rano. Niespiesznie zmierzaliśmy w stronę Niemiec. Nie mogłam odmówić sobie zwiedzania sklepu fabrycznego w Bolesławcu.





Przy okazji zakupów zjedliśmy ciepły lunch i ruszyliśmy w dalszą drogę. Restauracja nie była zbyt wyszukana ale...-to też nawyk podróżniczy; Kiedyś klient, który ma firmę transoortową, powiedział mi: -"jak nie zna pani okolicy a chce smacznie zjeść, proszę szukać lokali, gdzie jest dużo tirów. Kierowcy dużo podróżują, przekazują sobie informacje. Nikt nie przyjeżdża gdzie jest źle". Od tamtej pory, często korzystamy z tej rady, szczególnie daleko od domu;)



Wieczór i noc spędzamy pod Lipskiem. Kemping jest położony przy jeziorze, które na mapie przekręconej do góry nogami wygląda jak wróżka;))) (sprawdźcie;)))
Warunki tu są niezłe..., jak na jedną noc. Toalety czyste, widoki na jezioro piękne ale jest tłoczno i dość głośno; dużo małych dzieci i młodzieży, no i pogoda niby ciepło ale wieczór zimny.
Jutro zwiedzanie Lipska i dalsza droga w stronę Prowancji;)))