czwartek, 20 kwietnia 2017

Jeszcze poświątecznie


Zima wprawdzie w odwrocie ale słoneczko coraz śmielej zagląda nam w okna:) Cudowna walka kończącej się zimy i rozpoczynającej wiosny. Myślę, że to ostatni moment by wrócić jeszcze myślami do świąt wielkanocnych?
Odkąd mamy z mężem własną rodzinę, tworzymy i pielęgnujemy swoje tradycje i zwyczaje. Bardziej chyba niż same rytuały cieszy nas to, że nasze dzieci, mimo upływu lat wiąż chętnie w nich uczestniczą i wcale się nie buntują a wręcz przeciwnie, wręcz swoje plany dostosowują do stałych punktów kalendarza.
Jednym z takich obrządków dotyczy soboty wielkanocnej.
W tym roku, po raz pierwszy, przygotowaniem święconki, prawie w całości zajęła się moja córka. Stałam tylko z boku i okiem instruktora czuwałam, czy wszystko jest jak należy😊 Tak patrzyłam na jej dłonie i myślałam o przemijaniu czasu i tym, jak mam dorosłą córkę.
Zwykle, kiedy my w kuchni coś szykujemy, nasi panowie robią ostatnie szlify porządków świątecznych. Mamy zasadę, że po wyjściu do kościołów, liczba mnoga nie jest przypadkowa😊, w naszym domu zaczyna się czas świąt.
Nie mamy stałego miejsca święcenia pokarmów. Jedyną zasadą jest to, że później jedziemy na Starówkę by odwiedzać kościoły i przemyśliwać Groby Pańskie. W tym roku „z koszyczkiem pojechaliśmy” do kościoła Dominikanów na Służewcu http://www.sluzew.dominikanie.pl . To bardzo wyjątkowe miejsce. Stojąc w tym wielkim i bardzo surowym w swoim wykończeniu kościele, zawsze czuję się jak Pan Maluśkiewicz https://www.youtube.com/watch?v=eswGrAfD0pY w środku przepastnego wieloryba😊
Teraz, z perspektywy czasu, myślę że chyba właśnie tam, symboliczne przedstawienie śmierci Jezusa najbardziej do mnie przemawiało. Skromne pomieszczenie, na środku którego, na katafalku leżała gipsowa postać dyskretnie oświetlona delikatnym światłem z reflektora. Na podłodze dużo sporych beżowych palących się świec. Bardzo elegancko, skromnie i wymownie.
Stamtąd pojechaliśmy na Stare Miasto. Zawsze zaczynamy od Kościoła Św. Anny http://swanna.waw.pl , gdzie zwykle jest politycznie. Nie bardzo nam się to podoba ale taki jest zwyczaj. Tym razem bardzo się zdziwiliśmy.

 
Nie tylko było niepolitycznie ale i bardzo podobnie to tego, co widzieliśmy chwilę wcześniej😊 Później, jak zawsze Kościół św. Marcina na Piwnej http://archwwa.pl/miejsca/kosciol-siostr-franciszkanek-sluzebnic-krzyza-pw-sw-marcina

 
 
Następnie Katedra http://www.katedra.mkw.pl , gdzie Jezus zagubiony stał na ulicy Nowego Jorku niezauważany przez spieszący się tłum.

 
Mamy stały szlak wielkanocnego churchingu. Od wspomnianej Św. Anny przez Nowe Miasto do Katedry wojskowej http://www.katedrapolowa.pl , w której zawsze zapalamy świeczkę ku pamięci mojego pradziadka- odrobina prywaty😊))



Tak się złożyło, że w tym roku, w jednym czasie zbiegły się obchody świąt dla katolików i prawosławnych. Przy tej okazji, mając nadzieję, że nikogo tym nie obrażamy, idąc Miodową nie mogliśmy nie wstąpić do cerkwi http://cerkiew.org/warszawa wokół której było wyjątkowo gwarno.


W środku też było dużo ludzi. Ci, którzy wchodzili rzucali się na kolana, całowali posadzkę i na kolanach przez cały kościół podchodzili do, jak przypuszczam, bo nie miałam okazji tego jeszcze sprawdzić, relikwii zamkniętych w dużej szklanej skrzyni. Niektórzy dokładnie wycierali szkło a inni bez pardonu, od razu całowali obiekt kultu i pochylali nisko głowy. Drugim, nieznanym mi zwyczajem było picie wody święconej. W naszej kulturze malutkie buteleczki z poświęconą wodą stoją zwykle w jakimś ustronnym miejscu dla chętnych, w cerkwi tuż przy wejściu stoi wielki jakby samowar z kilkoma kranikami. Wierni podchodzili, brali kubeczki jednorazowe i po całym (!) prawie duszkiem wypijali.

Pamiętam, jak byłam dzieckiem i któregoś roku spędzaliśmy Wielkanoc u babci, niedaleko wschodniej granicy. Do święcenia przygotowywało się wielkie kosze z jedzeniem. Był taki zwyczaj, że pokarm spożywany w czasie świąt a szczególnie na śniadanie wielkanocne musiał być święcony. Dlatego kosze były takie wielkie, bo każdy marzył o pysznych kąskach po zakończonym poście. Teraz, szczególnie w mieście koszyczki są bardzo symboliczne; malutkie w formie i swojej treści😊 Ja jednak zawsze, mając w pamięci tamten zwyczaj staram się byśmy mieli duży, kolorowy i pełny kosz. Zwykle mamy raczej problem z ulokowaniem go na stole niż z obdzieleniem się tym, co było w środku😊

A z ciekawostek; mam jeszcze kolorowe ptaszki, które spotkaliśmy na Placu Zamkowym.


 

Nie wiem, czy bardziej mi się podoba ogólny zachwyt nad ich nietypowymi kolorami, czy raczej z racji na ingerencję człowieka w naturę, skłaniam się ku ich przeciwnikom?

-Ale przyznacie, że są piękne?:)

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Kobiety w kręgu

Dla katolików kończy się czas postu. Czterdziestu dni, kiedy szuka się w sobie odpowiedzi na pytania kim właściwie jestem wobec siebie i innych ludzi? To też okazja do przywrócenia odpowiedniej równowagi miary rzeczom, w świecie, który oczekuje od nas potrzeby posiadania i gromadzenia dóbr wszelakich.
W ramach programu auto refleksji umówiłam się z moją przyjaciółką na ...robienie palem wielkanocnych:)) -Trochę sacrum w świecie pełnym profanum:)

W naszym domu zwykle sami robimy palmę. Zdarzało się wprawdzie, szczególnie, gdy dzieci były bardzo małe, że na ostatmią chwilę kupowaliśmy to, co było pod kościołem ale najczęściej jednak staramy się by była to okazja do wspólnego stworzenia czegoś, co jest wynikiem pracy nas samych.
Kiedyś podeszłam to tego tematu bardzo ambitnie i już latem, tuż przed żniwami, nazbierałam pęk różnych zbóż i suszyłam je w piwnicy przez całą zimę. Stwierdziłam jednak, że to zły pomysł, bo więcej było z tego kurzu niż ułatwienia i pożytku. Od tamtej pory poprzestałam na kupowaniu lub zbieraniu komponentów ale tuż przed wykonaniem tego pięknego symbolu wielkanocnego.

W tym roku święta przypadają w połowie kwietnia. To już pełnia wiosny:-) Mimo, że bazie już dawno wybuchły zielonymi listkami, kiedy koleżanka przyjechała ze swoją rodziną, wspólnie poszliśmy do lasu. Pod pretekstem odprężającego wiosennego spaceru uzbroiłyśmy się w sekatory i otworzyłyśmy głowy na dekoracyjne inspiracje.
Natura nie okazała się zbyt chojna. Właściwie, to z pustymi rękami wracaliśmy do domu. Jak sobie poradzić z samą krepiną i kolorowymi sznureczkami? Sam zapał i dobre chęci to czasem zbyt mało chyba, że....otworzy się oczy na wierzbowy zagajnik samosiewek, które rosną tuż pod moim płotem:)) -oj koziołku Matołku, błąkasz się po całym świecie i szukasz czegoś, co jest całkiem blisko:)) Kiedy w domu rozłożyłyśmy wszystkie zgromadzone materiały, okazało się, że jednak mamy z czego realizować nasze artystyczne plany:)




Nasi panowie zajęli się swoimi sprawami a my- trzy kobiety, plotłyśmy różyczki z różowej krepiny i upinałyśmy gałązki. Mógłby to być czas na ploteczki ale chyba każda z nas potrzebowała czasu dla siebie. Zupełnie naturalnie, uznałyśmy, że to czas naszych osobistych rekolekcji:) Mimo, że przez prawie trzy godziny byłyśmy wspólnie przy jednym stole nie miałyśmy potrzeby rozmowy. Każda z nas, zamknięta w swoim świecie i przeżywała ten czas na swój sposób. Czy to z mojej strony niegościnność? Czy to oznaka dalekich relacji między nami trzema?
Chyba nie, bo wydaje mi się, że tylko w bliskim gronie, ludzi bardzo nam oddanych możemy sobie pozwolić na luksus niemówienia. Podobno tylko z prawdziwym przyjacielem można sobie pomilczeć:))



To efekty naszego spotkania. Te którymi możemy się przed Wami pochwalić i te, które odnalazłyśmy głęboko w sobie, i pozostawimy sobie pod rozwagę.
Święty Paweł kończy Pierwszy List do Koryntian słowami: Maranatha; co oznacza- Przyjdź Panie Jezu. Myślę, że nieważne w jakiego Boga wierzymy. I nie ważne, czy za tydzień będziemy wszyscy krzyczeć Alleluja (https://pl.wikipedia.org/wiki/Alleluja/ ), istotą jest odnalezienie swojej prawdy, która pozwala nam utrzymać równowagę i zgodę z sobą samym.

Cudownego tygodnia Wam życzę:))