Zima wprawdzie w odwrocie ale słoneczko coraz śmielej zagląda nam w okna:) Cudowna
walka kończącej się zimy i rozpoczynającej wiosny. Myślę, że to ostatni moment
by wrócić jeszcze myślami do świąt wielkanocnych?
Odkąd mamy z mężem własną rodzinę, tworzymy i pielęgnujemy swoje
tradycje i zwyczaje. Bardziej chyba niż same rytuały cieszy nas to, że nasze
dzieci, mimo upływu lat wiąż chętnie w nich uczestniczą i wcale się nie buntują a
wręcz przeciwnie, wręcz swoje plany dostosowują do stałych punktów kalendarza.Jednym z takich obrządków dotyczy soboty wielkanocnej.
W tym roku, po raz pierwszy, przygotowaniem święconki, prawie w całości zajęła się moja córka. Stałam tylko z boku i okiem instruktora czuwałam, czy wszystko jest jak należy😊 Tak patrzyłam na jej dłonie i myślałam o przemijaniu czasu i tym, jak mam dorosłą córkę.
Zwykle, kiedy my w kuchni coś szykujemy, nasi panowie robią ostatnie szlify porządków świątecznych. Mamy zasadę, że po wyjściu do kościołów, liczba mnoga nie jest przypadkowa😊, w naszym domu zaczyna się czas świąt.
Nie mamy stałego miejsca święcenia pokarmów. Jedyną zasadą jest to, że później jedziemy na Starówkę by odwiedzać kościoły i przemyśliwać Groby Pańskie. W tym roku „z koszyczkiem pojechaliśmy” do kościoła Dominikanów na Służewcu http://www.sluzew.dominikanie.pl . To bardzo wyjątkowe miejsce. Stojąc w tym wielkim i bardzo surowym w swoim wykończeniu kościele, zawsze czuję się jak Pan Maluśkiewicz https://www.youtube.com/watch?v=eswGrAfD0pY w środku przepastnego wieloryba😊
Teraz, z perspektywy czasu, myślę że chyba właśnie tam, symboliczne przedstawienie śmierci Jezusa najbardziej do mnie przemawiało. Skromne pomieszczenie, na środku którego, na katafalku leżała gipsowa postać dyskretnie oświetlona delikatnym światłem z reflektora. Na podłodze dużo sporych beżowych palących się świec. Bardzo elegancko, skromnie i wymownie.
Stamtąd pojechaliśmy na Stare Miasto. Zawsze zaczynamy od Kościoła Św. Anny http://swanna.waw.pl , gdzie zwykle jest politycznie. Nie bardzo nam się to podoba ale taki jest zwyczaj. Tym razem bardzo się zdziwiliśmy.
Nie tylko było niepolitycznie ale i bardzo podobnie to tego, co widzieliśmy chwilę wcześniej😊 Później, jak zawsze Kościół św. Marcina na Piwnej http://archwwa.pl/miejsca/kosciol-siostr-franciszkanek-sluzebnic-krzyza-pw-sw-marcina
Następnie Katedra http://www.katedra.mkw.pl , gdzie Jezus zagubiony stał na ulicy Nowego Jorku niezauważany przez spieszący się tłum.
Mamy stały szlak wielkanocnego churchingu. Od wspomnianej Św. Anny przez Nowe Miasto do Katedry wojskowej http://www.katedrapolowa.pl , w której zawsze zapalamy świeczkę ku pamięci mojego pradziadka- odrobina prywaty😊))
Tak się złożyło, że w tym roku, w jednym czasie zbiegły się obchody świąt dla katolików i prawosławnych. Przy tej okazji, mając nadzieję, że nikogo tym nie obrażamy, idąc Miodową nie mogliśmy nie wstąpić do cerkwi http://cerkiew.org/warszawa wokół której było wyjątkowo gwarno.
W środku też było dużo ludzi. Ci, którzy wchodzili rzucali się na kolana, całowali posadzkę i na kolanach przez cały kościół podchodzili do, jak przypuszczam, bo nie miałam okazji tego jeszcze sprawdzić, relikwii zamkniętych w dużej szklanej skrzyni. Niektórzy dokładnie wycierali szkło a inni bez pardonu, od razu całowali obiekt kultu i pochylali nisko głowy. Drugim, nieznanym mi zwyczajem było picie wody święconej. W naszej kulturze malutkie buteleczki z poświęconą wodą stoją zwykle w jakimś ustronnym miejscu dla chętnych, w cerkwi tuż przy wejściu stoi wielki jakby samowar z kilkoma kranikami. Wierni podchodzili, brali kubeczki jednorazowe i po całym (!) prawie duszkiem wypijali.
Pamiętam, jak byłam dzieckiem i któregoś roku spędzaliśmy Wielkanoc u babci, niedaleko wschodniej granicy. Do święcenia przygotowywało się wielkie kosze z jedzeniem. Był taki zwyczaj, że pokarm spożywany w czasie świąt a szczególnie na śniadanie wielkanocne musiał być święcony. Dlatego kosze były takie wielkie, bo każdy marzył o pysznych kąskach po zakończonym poście. Teraz, szczególnie w mieście koszyczki są bardzo symboliczne; malutkie w formie i swojej treści😊 Ja jednak zawsze, mając w pamięci tamten zwyczaj staram się byśmy mieli duży, kolorowy i pełny kosz. Zwykle mamy raczej problem z ulokowaniem go na stole niż z obdzieleniem się tym, co było w środku😊
A z ciekawostek; mam jeszcze kolorowe ptaszki, które spotkaliśmy na Placu Zamkowym.
Nie wiem, czy bardziej mi się podoba ogólny zachwyt nad ich nietypowymi kolorami, czy raczej z racji na ingerencję człowieka w naturę, skłaniam się ku ich przeciwnikom?
-Ale przyznacie, że są piękne?:)










