środa, 16 sierpnia 2017

Hej Mazury, jakie cudne....

Tak wyszło, że bardziej lub mniej przez przypadek, ostatnio zrobił się ze mnie prawdziwy wodniak. Tydzień temu kajaki, tym razem łódka na Mazurskich Jeziorach😊


 
Długi sierpniowy weekend rozpoczęliśmy w Giżycku na Ekomarinie http://www.ekomarinagizycko.pl/ gdzie czekał na nas przyjaciel z własną łodzią. Ponieważ jego łajba ma tylko 5 miejsc a wiadomo, że w dobrym towarzystwie dobrze się ziewa więc chętnych do tej przygody uzbierało się wielu. Na szczęście wśród nich był również licencjonowany kapitan, wilk morski, który wypożyczył 7 osobową łódeczkę dzięki czemu wszyscy znaleźli koję dla siebie. Nasi nowi „wakacyjni” znajomi zaokrętowali się u Agnieszki i Artura- pomysłodawców wyjazdu a my z dziećmi własnymi i jednym przychodzącym (czyli chłopakiem córki😊) zaciągnęliśmy się jako załoga Piotra.




Po wieczornej wspólnej, dla niektórych zapoznawczej kolacji, była pierwsza noc na wodzie. Wrażenia super. Nie specjalnie bujało; ciepło i przyjemnie. Niestety niewystarczająco dalekie sąsiedztwo okolicznych „sezonowych atrakcji” okazało się odrobinę uciążliwe - dyskoteka i wesołe miasteczko hałasowały do 4 nad ranem. Trochę bliżej nas żeglarska młodzież śpiewała szanty i dość głośno bawiła się przy ognisku ale wymiękła po północy. Cóż my też szybko i nudno nie poszliśmy spać więc dajmy innym spędzać czas po swojemu.   




Przez kolejne cztery dni kręciliśmy się po jeziorze, zaglądaliśmy do marin i szuwarów😊 W niedzielę przycumowaliśmy do mariny w Rydzewie. Miejsce bardzo ładne i czyste. Karczma przy bosmanacie wydawała się być całkiem przyjazna a jedzenie zachęcało do spróbowania tylko jakoś dania bałkańskie, które były tam serwowane nie były tym, co chcieliśmy zjeść będąc na polskich wodach. Nos szwędacza podpowiadał „szukaj dalej”.  "Guzik", który już od 2 miesięcy żegluje po tamtych rejonach powiedział, że gdzieś widział reklamę knajpy z domową kuchnią. Szybko odnaleźliśmy azymut i zaczęliśmy podążać wskazane 300 metrów. Tyle, że 300 metrów to było do kolejnej reklamy, później był jeszcze jeden drogowskaz „Jakubowa Chata” https://pl-pl.facebook.com/jakubowa.chata/  aż w końcu gdzieś pod lasem na końcu piaszczystej drogi znaleźliśmy starą wiejską chatę. Pomalowana na biało z nierównym tynkiem, z ciemnym dachem, drewnianym płotem i ślicznym rustykalne obejściem, taki „dom w malwy malowany”😊



 
Przeuroczy kelner, pan Szymon szybko znalazł dla nas miejsce, co okazało się małym problemem, bo gości było sporo a nasza gromada to bagatela 10 dorosłych osób i pies😊


 
Jedzenie było smaczne, faktycznie swojskie i klasyczne, w bardzo przyzwoitych cenach. Pracownicy  bardzo młodzi i szalenie im zależało by goście wychodzili zadowoleni. Do tego stopnia, że gdy zamówiliśmy coś z karty ale poprosiliśmy bez jednego składnika, chodziło o ananasa, na który zamawiający był uczulony, młodziutka kucharka przybiegła i dopytywała, czy na pewno dobrze zrozumiała i czy może zastąpić to czymś innym? 😊
Wracaliśmy stamtąd najedzeni, dopieszczeni jakby z innej epoki. Troszeczkę jak z filmu „Nad Niemnem” zauroczeni wiejskim klimatem wakacji u babci. Jeśli ktoś kiedyś zabłądzi w te strony, musi tu trafić koniecznie! 😊
To był mój pierwszy raz na łódkach. Jestem zauroczona. Cudowny jest ten brak konieczności czegokolwiek, ten luz, ta wolność. Dla niektórych to nuda, bo trzeba być głównie ze sobą ale to właśnie jest piękne, by potrafić nie nudzić się z sobą samym i nie zamęczyć innych swoją osobą. Czas na łódce, to jak z polskimi filmami- „nudy Panie, nudy, nic się nie dzieje”😊
- Chyba znów muszę obejrzeć „Rejs”?😊
 
Okazuje się, że w każdym wieku można znaleźć coś nowego dla siebie. Ja znalazłam, czego i Wam życzę😊
 
 
 
 

środa, 9 sierpnia 2017

Topielica z mielizny


Ojejciu, jejciu, co to był za weekend? 😊

Zaczęło się bardzo zwyczajnie. W sobotę przypadała rocznica ślubu czyli dnia od którego zaczęła się moja przygoda bycia żoną. W środę rozmawialiśmy z mężem, czy zorganizujemy coś z tej okazji ale ponieważ pojawiła się możliwość wyjazdu na kajaki a nasi przyjaciele też mieli taką rocznicę, postanowiliśmy, że zrobimy im niespodziankę i w ramach prezentu zabierzemy ich na łono natury😊

Ostatecznie okazało się, że nie my im ale oni nam zrobili niespodziankę nie przyjmując naszego doskonałego pomysłu, bo … „-wyjeżdżają na wyspy kanaryjskie”.

Buu, super, że jadą, należy się to każdemu ale żeby nie powiedzieć najbliższym znajomym? Już nie mówię, że nie proponowali byśmy pojechali z nimi. Cały rok utrzymujemy ścisły kontakt a mały detoks dobry jest nawet w najlepszym małżeństwie ale żeby robić z tego taaaką tajemnicę? – Głupio nam się zrobiło. Cóż niespodzianka  niespodziance nierówna. Trudno, pojedziemy bez nich.

Przeprawa była przez Radomkę. Pojechaliśmy do Warki, tam zostawiliśmy samochód, właściciel kajaków zapakował nas do dużego busa i odwiózł „na linię startu”😊

Rzeka okazała się bardzo spokojna, przyjazna i płytka. Pogoda wręcz wymarzona; słoneczna i właściwie bezwietrzna. Sporo meandrów i przeszkód sprawiało, że często trzeba było coś omijać. Kilka razy stawaliśmy na krótkie pikniki. Zbliżaliśmy się do końca, kiedy na drodze zauważyłam konar. Nie mogłam się zdecydować czy ominiemy go z prawej czy z lewej…w końcu, gdy już miałam zrobić zwrot, prąd nas skierował na sam środek przeszkody, która bardzo skutecznie nas zablokowała. Po chwili zaczęliśmy nabierać wody. Rzeka była płytka, może na wysokość kajaka, dokładnie tyle by nasz sprzęt osiadł na dnie a wszystkie rzeczy wypłynęły grzecznie do góry i z prądem rzeki podryfowały do przodu. Ha, ha ale śmieszne, pomyślałam. Mąż podniósł wszystko i silnie trzymał a ja łapałam co popadło i wyrzucałam na brzeg. Później przekręciliśmy kajak do góry dnem i wylaliśmy całą wodę.

Jeśli ktoś myśli, że na mieliźnie nie można utopić kajaka, to się myli😊 My to potrafimy😊 Pozbieraliśmy wszystko, wrzuciliśmy z powrotem do kajaka i dociągnęliśmy go do mety. Tak, tak  dociągnęliśmy bo to było może 15 metrów i przecież wspominałam, że było płytko😊

Wieczorem zrobiliśmy ognisko, było wspólne biesiadowanie z dziećmi i dwiema parami przyjaciół.. cudownie, beztrosko i wakacyjnie😊

Ale to nie koniec naszych atrakcji w czasie weekendu. Wracając do domu, wstąpiliśmy do muzeum wojska w Studziankach Pancernych i okazało się, że trafiliśmy akurat na obchody 73 rocznicy bitwy i inscenizację historyczną😊






 
Były „walki”, wozy bojowe, militaria, można było postrzelać. Ja trzykrotnie ustrzeliłam przeciwnika z jakiegoś winchestera😊 śmialiśmy się, że najpierw się topiliśmy a później wstąpiliśmy na wojnę😊