Długi sierpniowy weekend rozpoczęliśmy w Giżycku na
Ekomarinie http://www.ekomarinagizycko.pl/
gdzie czekał na nas przyjaciel z własną łodzią. Ponieważ jego łajba ma tylko 5
miejsc a wiadomo, że w dobrym towarzystwie dobrze się ziewa więc chętnych do
tej przygody uzbierało się wielu. Na szczęście wśród nich był również
licencjonowany kapitan, wilk morski, który wypożyczył 7 osobową łódeczkę dzięki
czemu wszyscy znaleźli koję dla siebie. Nasi nowi „wakacyjni” znajomi
zaokrętowali się u Agnieszki i Artura- pomysłodawców wyjazdu a my z dziećmi
własnymi i jednym przychodzącym (czyli chłopakiem córki😊)
zaciągnęliśmy się jako załoga Piotra.
Po wieczornej wspólnej, dla niektórych zapoznawczej kolacji,
była pierwsza noc na wodzie. Wrażenia super. Nie specjalnie bujało; ciepło i
przyjemnie. Niestety niewystarczająco dalekie sąsiedztwo okolicznych „sezonowych
atrakcji” okazało się odrobinę uciążliwe - dyskoteka i wesołe miasteczko
hałasowały do 4 nad ranem. Trochę bliżej nas żeglarska młodzież śpiewała szanty i dość
głośno bawiła się przy ognisku ale wymiękła po północy. Cóż my też szybko i
nudno nie poszliśmy spać więc dajmy innym spędzać czas po swojemu.
Przez kolejne cztery dni kręciliśmy się po jeziorze,
zaglądaliśmy do marin i szuwarów😊 W niedzielę przycumowaliśmy do mariny w
Rydzewie. Miejsce bardzo ładne i czyste. Karczma przy bosmanacie wydawała się
być całkiem przyjazna a jedzenie zachęcało do spróbowania tylko jakoś dania
bałkańskie, które były tam serwowane nie były tym, co chcieliśmy zjeść będąc na
polskich wodach. Nos szwędacza podpowiadał „szukaj dalej”. "Guzik", który już od 2 miesięcy żegluje po
tamtych rejonach powiedział, że gdzieś widział reklamę knajpy z domową kuchnią.
Szybko odnaleźliśmy azymut i zaczęliśmy podążać wskazane 300 metrów. Tyle, że
300 metrów to było do kolejnej reklamy, później był jeszcze jeden drogowskaz
„Jakubowa Chata” https://pl-pl.facebook.com/jakubowa.chata/
aż w końcu gdzieś pod lasem na końcu
piaszczystej drogi znaleźliśmy starą wiejską chatę. Pomalowana na biało z
nierównym tynkiem, z ciemnym dachem, drewnianym płotem i ślicznym rustykalne
obejściem, taki „dom w malwy malowany”😊
Przeuroczy kelner, pan Szymon szybko znalazł dla nas
miejsce, co okazało się małym problemem, bo gości było sporo a nasza gromada to
bagatela 10 dorosłych osób i pies😊
Jedzenie było smaczne, faktycznie swojskie i klasyczne, w
bardzo przyzwoitych cenach. Pracownicy bardzo młodzi i szalenie im
zależało by goście wychodzili zadowoleni. Do tego stopnia, że gdy zamówiliśmy coś
z karty ale poprosiliśmy bez jednego składnika, chodziło o ananasa, na który
zamawiający był uczulony, młodziutka kucharka przybiegła i dopytywała, czy na
pewno dobrze zrozumiała i czy może zastąpić to czymś innym? 😊
Wracaliśmy stamtąd najedzeni, dopieszczeni jakby z innej
epoki. Troszeczkę jak z filmu „Nad Niemnem” zauroczeni wiejskim klimatem
wakacji u babci. Jeśli ktoś kiedyś zabłądzi w te strony, musi tu trafić
koniecznie! 😊
To był mój pierwszy raz na łódkach. Jestem zauroczona.
Cudowny jest ten brak konieczności czegokolwiek, ten luz, ta wolność. Dla
niektórych to nuda, bo trzeba być głównie ze sobą ale to właśnie jest piękne,
by potrafić nie nudzić się z sobą samym i nie zamęczyć innych swoją osobą. Czas
na łódce, to jak z polskimi filmami- „nudy Panie, nudy, nic się nie dzieje”😊
- Chyba znów muszę obejrzeć „Rejs”?😊
Okazuje się, że w każdym wieku można znaleźć coś nowego dla
siebie. Ja znalazłam, czego i Wam życzę😊

















