Dla mnie jednym z takich "powrotów" jest komunikat w samochodzie : -„Witam w systemie auto mapy, nazywam się Krzysztof Hołowczyc, ze mną zawsze dojedziesz do celu”. Te słowa już zawsze będą mi się kojarzyć z pierwszym wyjazdem do Włoch. Tak zaczęliśmy zeszłoroczne wakacje. To również było pierwsze zdanie naszego tegorocznego wyjazdu. Dla nas to znak, że wakacje się zaczęły😊
W tym roku pierwszy nocleg był pod Wiedniem, o czym już
pisałam ale w zeszłym roku spaliśmy przed „przejściem granicznym”
Czechy-Austria, o którym za chwilę, bo znalazłam właśnie swoje zapiski z zeszłego roku😊
ale zanim tam dojechaliśmy był… (sierpień 2016) -obowiązkowy przystanek w Częstochowie w KFC, bo wakacje to
jedyny czas, kiedy pozwalamy sobie na jedzenie, które powszechnie uważa się za
„śmieciowe”. Ponieważ to brzydka nazwa, dlatego może lepiej na potrzeby tego
miejsca nazwijmy je „urlopowym”)
Na marginesie, kiedyś Krzysztof Materna opowiadał, jak
samochodem jeździł z Niemenem i innymi artystami na różne występy po kraju i
zawsze mijając Częstochowę Niemen mówił:
-Częstochowa; a wszyscy odpowiadali:
- Bo często wyjmuje😊
Wracając do teraźniejszości, kurczaki zjedzone, paliwo
zatankowane. Ruszamy. Przemierzając taką podróż warto zrobić sobie przystanek w
stolicy Czech- Brnie.
Dwa dni przed naszym urlopem, mój tata dowiedział się, że ma
półpasiec. To choroba zakaźna. Zastanawialiśmy się, czy tego wirusa nie
wieziemy właśnie w samochodzie. Nawet jeśli by tak było, to i tak nic na to nie
poradzimy. W okolicach Katowic zjechaliśmy z autostrady postanowiliśmy poszukać
jakiejś apteki. Choroba jest podobno bardzo bolesna i ma krostki jak przy
ospie. W odszukanej aptece powiększyłam podróżną apteczkę o dodatkowe
medykamenty przeciw bólowo/gorączkowe i dokupiłam jakąś pastę do smarowania
ewentualnych krostek. Będzie co ma być. Z dodatkowym pasażerem, czy bez niego
pojechaliśmy dalej.
**Zasłyszane w radio: -„Idzie facet ulicą, na jednej nodze ma męskiego buta a na
drugiej damską szpilkę. Podchodzi do niego policjant i pyta dlaczego
przechodzień tak wygląda? Na co ten odpowiada:
- Rozwodzę się z żoną i sędzia orzekł podział całego majątku
na pół.”
Brno, czyli historia lubi się powtarzać /wciąż:) sierpień 2016/
W zeszłym roku, jadąc nad Balaton wstąpiliśmy tu na obiad.
Szwędając się po Starówce trafiliśmy do bardzo fajnej karczmy. Mimo to, tym roku
Krzyś chciał zjeść w jakimś nowym miejscu, zgodnie z hasłem: -nowym podróżom
towarzyszą nowe miejsca. Wyszukaliśmy w elektronicznej mapie knajpkę, Krzyś
nastawił GPSa i…..trafiliśmy do „Trech Certu” przy ulicy Starobrnenskiej-
dokładnie w to samo miejce, co rok wcześniej😊 - Co komu pisane, będzie objawione, jak mawia moja przyjaciółka.
Knajpa cieszy się chyba dość dużym zainteresowaniem, bo
miejsc na zewnętrz, w ogródku nie było. Z pewną niechęcią wchodziliśmy do
środka, bo przy upale panującym na dworze obawialiśmy się, że we wnętrzu lokalu
udusimy się z gorąca. Fala chłodnego powietrza mile nas zaskoczyła a i cały
wystrój okazał się też być…zaskakujący. Z poprzedniej wizyty nie pamiętaliśmy
zbyt dokładnie nazwy. Wiedzieliśmy, że coś z trójką. Wydawało nam się, że
chodziło o trzech braci. Może to nieznajomość języka a może fakt, że siedząc na
dworze, nic nie przykuło wcześniej naszej uwagi na tyle by zapamiętać nazwę
dokładniej. Tym razem, będąc w środku, nie mieliśmy wątpliwości. Z trzech braci
wyszło trzech czartów. Lekkość i zabawa z piekielną tematyką dla Czechów nie
stanowi żadnego problemu. Określając się za naród najbardziej laicki (co
podobno jest nieprawdą, bo berło pierwszeństwa dzierżą chyba Szwedzi?), drwią z
sacrum i profanum na każdym kroku. A wracając do naszej knajpy, wnętrze było
mocno z poczuciem humoru. Na ścianach, zamiast obrazów, wisiały oprawione w ramy
głowy diabłów a świeczniki były w kształcie kutych krzyży. Zaiste bardzo czeskie😊
Ja i Krzyś zamówiliśmy to, co w poprzednim roku czyli zupy
gulaszową i czosnkową;- pierwsza zbyt słona, druga wyglądała jak kasza manna o
smaku czosnkowym- nie polecam. O ile słoną gulaszową ratowało towarzystwo
popijania jej chłodnym piwem, o tyle jedząc czosnkową tłumaczyłam sobie, że to
ku zdrowotności, w sam raz na zabicie wirusa, którego mogłam przecież mieć w
sobie- zobaczymy, czy poświęcenie będzie się opłacać?😊
Cena całego rachunku; posiłki i napitki dla wszystkich to
650 CK= ok.28 EURo
Do zaplanowanych Pasohlavek dojechaliśmy, choć ze sporymi problemami. Dokładny adres to Paasohlavky 115.
Miejscowość odnaleźliśmy bez problemu. Obozowisko miało być nad jeziorem;
jezioro też zobaczyliśmy bez większych kłopotów ale pola namiotowego nigdzie
nie było. Ludzi na ulicach, jak to w Czechach po 16stej- jak na lekarstwo.
Cichy, niemalże wymarły kraj. Zapukaliśmy do jednego z domów. Po dłuższej
chwili wyłoniła się niepewnie kobieta. Gdy powiedzieliśmy, czego szukamy, bez
przekonania skierowała nas w stronę nieodległej góry.
Wsiedliśmy do samochodu i ponownie ruszyliśmy. Jadąc główną
drogę, po chwili miejscowość się skończyła a wokół nas pozostały tylko pola, my
i góra. Ponownie, niepewnie zjechaliśmy w stronę jeziora i dwóch namiotów
rozstawionych tuż przy wodzie. Zostawiliśmy samochód na olbrzymim parkingu. Kto
w polach robi tak wielki parking?
Grzecznie jeden za drugim, gęsiego podążyliśmy w stronę
cywilizacji przygotowującej wieczornego grilla na łonie natury.
- Przepraszam, szukamy campingu. Czy to tu?? – Niepewnie
zaczął Krzyś.
- Camping? A tak. Jest taki za wsią. Za tą wielką górą.
- Tam? - Niepewnie, wskazał ręką mąż w stronę kolejnej góry.
– Ale to miało być gdzieś nad jeziorem, w tej miejscowości, która się
skończyła.
- Tam. -Przytaknął Czech, który nie miał ochoty na rozmowy z
nieznajomymi.- Musicie do głównej drogi, w prawo i prosto jakieś 2-3 km.
Dostrzegając niechęć w głosie i zachowaniu tubylca,
podziękowaliśmy, odwróciliśmy się i grzecznie gęsiego, jak przyszliśmy tak tą
samą drogą odeszliśmy do samochodu.
Zgodnie z zapamiętanymi wskazówkami – do głównej drogi,
jakieś 2-3 km i …naszym oczom ukazał się las……las namiotówJ)
Bardzo wyjątkowe miejsce. Przy dość dużym jeziorze
podzielonym tamą na pół. Camping obszerny, podzielony na sektory. Trochę
miejsca na namioty, których było mnóstwo i sporo starych, jak przypuszczam
domków/ bungalowów, porośniętych zwarcie bluszczami. O ile każdy domek miał
samodzielne wejście z małym placem i miejscem na zaparkowanie samochodu, o tyle
namioty można było rozstawić właściwie, gdzie się chciało (w obrębie jednej
wspólnej parceli).
Miasto za miasteczkiem😊 Mieli wszystko. Sklepy, kawiarnie,
restauracje z kuchniami świata, przystań dla żeglujących i szuwary dla
wędkarzy; ścieżki rowerowe, wesołe miasteczko oraz wielki kompleks basenowy
(wow😊) i…..dyskotekę „pod chmurką” (buuu☹).
Niby ta dyskoteka była okopana wysokim wałem ziemnym, co sprawiało, że bardziej
przypominała bunkier niż miejsce do beztroskiej zabawy. Ziemia miała wygłuszać
głośną muzykę ale w praktyce na niewiele się to zdało. Całą noc było tak
głośno, że kiedy nad ranem wszyscy już ucichli, to fale dźwiękowe od strony
dyskoteki wręcz ruszały ścianami namiotu.
W sumie nie ma się czego czepiać. Wakacje nie są od tego, by
grzecznie spać.
To była nasza pierwsza (i ostatnia w tym miejscu) noc więc
wytrzymaliśmy.
PS. Ogólna ocena campingu to 7/10. Dużym plusem okazała się
cena (ok. 90 zł. za 4 osoby, samochód i namiot). Minusem hałas w nocy i chaos
wśród namiotów. Łazienki dość czyste z papierem w kabinach i papierowymi
ręcznikami przy umywalkach. Prysznice niestety płatne (2 i 5 CK).
To był fragment z moich wrażeń zapisanych w 2016 roku. W tym
roku wracaliśmy przez ten camping. Znajomi, którzy z nami byli jakoś nie
zachłysnęli się urokiem tego miejsca. Może dlatego, że trafiliśmy na wyjątkowo
zimne lato i w nocy temperatura nie przekroczyła 10 stopni? Ewa i jej córka nie
miały nic ciepłego, bo przecież wracały z wakacji do ciepłych Włoch. Ja
nauczona wyjazdami założyłam na noc dres, dwie bluzy i skarpetki a one…one
zmarzły tak bardzo, że biedna nastolatka w nocy poszła ze śpiworem spać do samochodu.
To była ostatnia wspólna noc. Od tamtej pory, od powrotu z wakacji Ewa wciąż
nie ma czasu na spotkanie😊 Cóż podobno nie ważne jak się zaczyna,
najważniejszy jest zawsze koniec😊

