poniedziałek, 31 lipca 2017

Nasze powroty i przyzwyczajenie

To zabawne, jak bardzo, czasami nawet podświadomie działają na nas przyzwyczajenia😊 Wyjeżdżając wspólnie i pokonując podobne trasy korzystamy ze znanych nam stacji benzynowych i parkingów, powtarzamy posiłki, tworzymy własną tradycję😊 "Lubię wracać, tam gdzie byłem już" ( https://www.youtube.com/watch?v=WyBcLh-fF_8 -jak śpiewał Zbigniew Wodecki); jeśli nie fizycznie, to chociaż myślami.
Dla mnie jednym z takich "powrotów" jest komunikat w samochodzie : -„Witam w systemie auto mapy, nazywam się Krzysztof Hołowczyc, ze mną zawsze dojedziesz do celu”. Te słowa już zawsze będą mi się kojarzyć z pierwszym wyjazdem do Włoch. Tak zaczęliśmy zeszłoroczne wakacje. To również było pierwsze zdanie naszego tegorocznego wyjazdu. Dla nas to znak, że wakacje się zaczęły😊

W tym roku pierwszy nocleg był pod Wiedniem, o czym już pisałam ale w zeszłym roku spaliśmy przed „przejściem granicznym” Czechy-Austria, o którym za chwilę, bo znalazłam właśnie swoje zapiski z zeszłego roku😊 ale zanim tam dojechaliśmy był… (sierpień 2016) -obowiązkowy przystanek w Częstochowie w KFC, bo wakacje to jedyny czas, kiedy pozwalamy sobie na jedzenie, które powszechnie uważa się za „śmieciowe”. Ponieważ to brzydka nazwa, dlatego może lepiej na potrzeby tego miejsca nazwijmy je „urlopowym”)
Na marginesie, kiedyś Krzysztof Materna opowiadał, jak samochodem jeździł z Niemenem i innymi artystami na różne występy po kraju i zawsze mijając Częstochowę Niemen mówił:
-Częstochowa; a wszyscy odpowiadali:
- Bo często wyjmuje😊
Wracając do teraźniejszości, kurczaki zjedzone, paliwo zatankowane. Ruszamy. Przemierzając taką podróż warto zrobić sobie przystanek w stolicy Czech- Brnie.
Dwa dni przed naszym urlopem, mój tata dowiedział się, że ma półpasiec. To choroba zakaźna. Zastanawialiśmy się, czy tego wirusa nie wieziemy właśnie w samochodzie. Nawet jeśli by tak było, to i tak nic na to nie poradzimy. W okolicach Katowic zjechaliśmy z autostrady postanowiliśmy poszukać jakiejś apteki. Choroba jest podobno bardzo bolesna i ma krostki jak przy ospie. W odszukanej aptece powiększyłam podróżną apteczkę o dodatkowe medykamenty przeciw bólowo/gorączkowe i dokupiłam jakąś pastę do smarowania ewentualnych krostek. Będzie co ma być. Z dodatkowym pasażerem, czy bez niego pojechaliśmy dalej.
**Zasłyszane w radio: -„Idzie facet ulicą, na jednej nodze ma męskiego buta a na drugiej damską szpilkę. Podchodzi do niego policjant i pyta dlaczego przechodzień tak wygląda? Na co ten odpowiada:
- Rozwodzę się z żoną i sędzia orzekł podział całego majątku na pół.”
 
Brno, czyli historia lubi się powtarzać /wciąż:) sierpień 2016/
W zeszłym roku, jadąc nad Balaton wstąpiliśmy tu na obiad. Szwędając się po Starówce trafiliśmy do bardzo fajnej karczmy. Mimo to, tym roku Krzyś chciał zjeść w jakimś nowym miejscu, zgodnie z hasłem: -nowym podróżom towarzyszą nowe miejsca. Wyszukaliśmy w elektronicznej mapie knajpkę, Krzyś nastawił GPSa i…..trafiliśmy do „Trech Certu” przy ulicy Starobrnenskiej- dokładnie w to samo miejce, co rok wcześniej😊 - Co komu pisane, będzie objawione, jak mawia moja przyjaciółka.
Knajpa cieszy się chyba dość dużym zainteresowaniem, bo miejsc na zewnętrz, w ogródku nie było. Z pewną niechęcią wchodziliśmy do środka, bo przy upale panującym na dworze obawialiśmy się, że we wnętrzu lokalu udusimy się z gorąca. Fala chłodnego powietrza mile nas zaskoczyła a i cały wystrój okazał się też być…zaskakujący. Z poprzedniej wizyty nie pamiętaliśmy zbyt dokładnie nazwy. Wiedzieliśmy, że coś z trójką. Wydawało nam się, że chodziło o trzech braci. Może to nieznajomość języka a może fakt, że siedząc na dworze, nic nie przykuło wcześniej naszej uwagi na tyle by zapamiętać nazwę dokładniej. Tym razem, będąc w środku, nie mieliśmy wątpliwości. Z trzech braci wyszło trzech czartów. Lekkość i zabawa z piekielną tematyką dla Czechów nie stanowi żadnego problemu. Określając się za naród najbardziej laicki (co podobno jest nieprawdą, bo berło pierwszeństwa dzierżą chyba Szwedzi?), drwią z sacrum i profanum na każdym kroku. A wracając do naszej knajpy, wnętrze było mocno z poczuciem humoru. Na ścianach, zamiast obrazów, wisiały oprawione w ramy głowy diabłów a świeczniki były w kształcie kutych krzyży. Zaiste bardzo czeskie😊
Ja i Krzyś zamówiliśmy to, co w poprzednim roku czyli zupy gulaszową i czosnkową;- pierwsza zbyt słona, druga wyglądała jak kasza manna o smaku czosnkowym- nie polecam. O ile słoną gulaszową ratowało towarzystwo popijania jej chłodnym piwem, o tyle jedząc czosnkową tłumaczyłam sobie, że to ku zdrowotności, w sam raz na zabicie wirusa, którego mogłam przecież mieć w sobie- zobaczymy, czy poświęcenie będzie się opłacać?😊
Cena całego rachunku; posiłki i napitki dla wszystkich to 650 CK= ok.28 EURo
Do zaplanowanych Pasohlavek dojechaliśmy, choć ze sporymi problemami.  Dokładny adres to Paasohlavky 115. Miejscowość odnaleźliśmy bez problemu. Obozowisko miało być nad jeziorem; jezioro też zobaczyliśmy bez większych kłopotów ale pola namiotowego nigdzie nie było. Ludzi na ulicach, jak to w Czechach po 16stej- jak na lekarstwo. Cichy, niemalże wymarły kraj. Zapukaliśmy do jednego z domów. Po dłuższej chwili wyłoniła się niepewnie kobieta. Gdy powiedzieliśmy, czego szukamy, bez przekonania skierowała nas w stronę nieodległej góry.
Wsiedliśmy do samochodu i ponownie ruszyliśmy. Jadąc główną drogę, po chwili miejscowość się skończyła a wokół nas pozostały tylko pola, my i góra. Ponownie, niepewnie zjechaliśmy w stronę jeziora i dwóch namiotów rozstawionych tuż przy wodzie. Zostawiliśmy samochód na olbrzymim parkingu. Kto w polach robi tak wielki parking?
Grzecznie jeden za drugim, gęsiego podążyliśmy w stronę cywilizacji przygotowującej wieczornego grilla na łonie natury.
- Przepraszam, szukamy campingu. Czy to tu?? – Niepewnie zaczął Krzyś.
- Camping? A tak. Jest taki za wsią. Za tą wielką górą.
- Tam? - Niepewnie, wskazał ręką mąż w stronę kolejnej góry. – Ale to miało być gdzieś nad jeziorem, w tej miejscowości, która się skończyła.
- Tam. -Przytaknął Czech, który nie miał ochoty na rozmowy z nieznajomymi.- Musicie do głównej drogi, w prawo i prosto jakieś 2-3 km.
Dostrzegając niechęć w głosie i zachowaniu tubylca, podziękowaliśmy, odwróciliśmy się i grzecznie gęsiego, jak przyszliśmy tak tą samą drogą odeszliśmy do samochodu.
Zgodnie z zapamiętanymi wskazówkami – do głównej drogi, jakieś 2-3 km i …naszym oczom ukazał się las……las namiotówJ)
Bardzo wyjątkowe miejsce. Przy dość dużym jeziorze podzielonym tamą na pół. Camping obszerny, podzielony na sektory. Trochę miejsca na namioty, których było mnóstwo i sporo starych, jak przypuszczam domków/ bungalowów, porośniętych zwarcie bluszczami. O ile każdy domek miał samodzielne wejście z małym placem i miejscem na zaparkowanie samochodu, o tyle namioty można było rozstawić właściwie, gdzie się chciało (w obrębie jednej wspólnej parceli).
Miasto za miasteczkiem😊 Mieli wszystko. Sklepy, kawiarnie, restauracje z kuchniami świata, przystań dla żeglujących i szuwary dla wędkarzy; ścieżki rowerowe, wesołe miasteczko oraz wielki kompleks basenowy (wow😊) i…..dyskotekę „pod chmurką” (buuu). Niby ta dyskoteka była okopana wysokim wałem ziemnym, co sprawiało, że bardziej przypominała bunkier niż miejsce do beztroskiej zabawy. Ziemia miała wygłuszać głośną muzykę ale w praktyce na niewiele się to zdało. Całą noc było tak głośno, że kiedy nad ranem wszyscy już ucichli, to fale dźwiękowe od strony dyskoteki wręcz ruszały ścianami namiotu.
W sumie nie ma się czego czepiać. Wakacje nie są od tego, by grzecznie spać.
To była nasza pierwsza (i ostatnia w tym miejscu) noc więc wytrzymaliśmy.
PS. Ogólna ocena campingu to 7/10. Dużym plusem okazała się cena (ok. 90 zł. za 4 osoby, samochód i namiot). Minusem hałas w nocy i chaos wśród namiotów. Łazienki dość czyste z papierem w kabinach i papierowymi ręcznikami przy umywalkach. Prysznice niestety płatne (2 i 5 CK).


To był fragment z moich wrażeń zapisanych w 2016 roku. W tym roku wracaliśmy przez ten camping. Znajomi, którzy z nami byli jakoś nie zachłysnęli się urokiem tego miejsca. Może dlatego, że trafiliśmy na wyjątkowo zimne lato i w nocy temperatura nie przekroczyła 10 stopni? Ewa i jej córka nie miały nic ciepłego, bo przecież wracały z wakacji do ciepłych Włoch. Ja nauczona wyjazdami założyłam na noc dres, dwie bluzy i skarpetki a one…one zmarzły tak bardzo, że biedna nastolatka w nocy poszła ze śpiworem spać do samochodu. To była ostatnia wspólna noc. Od tamtej pory, od powrotu z wakacji Ewa wciąż nie ma czasu na spotkanie😊 Cóż podobno nie ważne jak się zaczyna, najważniejszy jest zawsze koniec😊

czwartek, 13 lipca 2017

Noc pod starymi cisami

W tym roku, nasz rodzinny urlop zaplanowaliśmy na czas wcześniej niż zwykle. Niestety moja praca miała w tym spory udział. Nie mogłabym wyjechać w innym terminie, więc niestety kosztem tego było pozostawienie córki w domu, bo studentka musiała wywiązać się ze swoich obowiązków uczelnianych.
Jeszcze przed szkolnym rozdaniem świadectw oderwaliśmy się, niemalże granatem, od rzeczywistości i pojechalśmy tam, gdzie zwykle jest ciepło, powietrze pachnie lawędą a na kolację wystarcza schłodzony soczysty arbuz popijany prosecco:-)  Pamiętaliśmy to wszystko sprzed roku zatem wybór kierunku był dla nas zupełnie naturalny i oczywisty:)
W środę rano zapakowaliśmy mały samochodzik walizkami, śpiworami, poduszkami, krzesełkami i stolikiem, namiotem, parasolem (specjalnym, który miał nie przepuszczć promieni UV, bo w zeszłym roku mój cudny mąż zasnął na plaży pod parasolem, spiekł się na raczka i obiecał sobie "nigdy więcej"). Co jeszcze zmieściliśmy do samochodu, który na rynku uznawany jest raczej za mniejszy niż duży? -Cały świat; wszystko, co przez dwa najbliższe tygodnie miałoby się okazać niezbędne w życiu "obierzyświata amatora":-)

Jeszcze trzy lata temu, gdy ktoś zachwalał mi wypady pod namioty i biwakowanie to patrzyłam na niego z dużym dystansem i udawanym zrozumieniem. -"Może to i fajne ale z pewnością nie dla mnie! Ja, (kiedyś:-) panienka z dobrego domu; obce jest mi bratanie się z mrówkami i jedzenie z menaszki !! Jak widać, ''tylko krowa nie zmienia poglądów''. Mój stereotyp campingowania został obalony. Nie tylko podporządkowałam się oczekiwaniom męża, znalazłam w tym całkiem przyjemny sposób na spędzania urlopu ale w dodatku naszym entuzjazmem wręcz zarażamy innych i coraz częściej wśród znajomych słyszymy o podobnej formie wypoczynku.

W tym roku, kilka tygodni przed wakacjami zadzwoniła do mnie znajoma z zapytaniem o plany urlopowe?
- Pewnie pojedziemy do Włoch. Poprzedni wyjazd był cudowny. Tym razem chcemy zwiedzić Rzym i okolice...
- Świetnie, więc dograjmy termin i my jedziemy z wami.
- Ale my, zaczęłam powoli, sami wszystko organizujemy i jedziemy... pod namiot. -Niepewnie i trochę wstydliwie dodałam. -Rozmawiałam bowiem z artystką; projektantką mody tworzącą pod własnym nazwiskiem. Jakie było moje dziwienie, gdy w słuchawce usłyszałam:
- Oj, to mamy mały kłopot, bo my nigdy tak nie byliśmy:(( nic nie mamy i nawet nie wiem, co potrzebujemy? Ale wiesz, kupimy namiot, jakieś śpiwory i co tam jeszcze..?
Nie wierzyłam w to, co słyszałam. Ewa? Szczuplutka, ruda, piegowata z burzą włosów na głowie, taka eteryczna i delikatna....w dodatku projektantka, która ubiera "znane nazwiska"? I ona chce spać pod namiotem?
Umówiliśmy się na spotkanie organizacyjne. Opowiedzieliśmy im o zaletach i uprzedziliśmy o  niewygodach. Nikt się nie wystraszył:-) :-) Już nie raz różni znajomi w ostatniej chwili wycofywali się ze wspólnych wyjazdów i zwykle, i tak jeździliśmy sami, więc i tym razem szykowaliśmy się tak, jakbyśmy mieli znów być sami:-) :-)
Gdy przyszedł czas wyjazdu, zadzwoniła Ewa, że nie mogą planowo wyjechać ale dojadą trzy dni później. - Acha, stały motyw, momyślałam:-) :-)

Pierwszą noc mieliśmy spędzić pod Wiedniem. To miasto nas wcale nie zaskoczyło. Zeszłoroczny remont ulic, takie same korki i niesamity chaos..- wszystko po staremu:-) Na camping https://pl.camping.info/austria/wiede%c5%84/camping-wien-s%c3%bcd-19373 dotarliśmy koło 19stej. Niestety już po zamknięciu recepcji, co wydało nam się kłopotem. Szukaliśmy kogoś z obsługi pola ale znaleźliśmy tylko kartkę z informacją: "Rejestracja czynna 9-17. Jeśli przyjechałeś po godzinach urzędowania, znajdź odpowiednie dla siebie miejsce, korzystaj ze wszystkiego a rano zgłoś się do rejestracji".
Niesamowite. Żadnego domniemania oszustwa, uniknięcia zapłaty..Skoro jesteś, chciałeś zostać, to i zapłacisz:-) :-) .
Spaliśmy pod starymi cisami:-)  Dwa wielkie drzewa, które pewnie były tam przez ostatnie trzy stulecia:-)


Całe pole wyglądało jakby było na miejscu jakiegoś przypałacowego parku. Stare, majestatyczne drzewa posadzone w alejach pomiędzy którymi przycupnęły namioty i rozgościły się na dłużej przyczepy campingowe.

Niestety tylko po domniemanym, przez nas:-)  pałacu nie było śladu. Jedynie na środku stały pomieszczenia socjalne (łazienki, prysznice) i był tam też mały plac zabaw dla dzieci; wszystko jakby na miejscu, gdzie kiedyś było coś zupełnie innego:-)
Rano obudziły nas ciekawskie wiewiórki skaczące po drzewach tuż ponad naszym namiotem. Wypoczęci, po pierwszym "menaszkowym" śniadaniu, rządni nowych przygód, uregulowaliśmy rachunek (ok 35 EUR za trzy osoby, samochód i namiot) i ruszyliśmy w stronę Wenecji...