piątek, 15 września 2017

Noc świątyń

Dziś 15 września 2017, piątek;
Imieniny obchodzą: Albin, Nikodem, Roland, Kamil, Katarzyna, Maria, Jeremi i Jeremiasz oraz Dolores, Ekhard, Eutropia, Filotea, Filoteusz, Jakert, Nicetas, Nikomedes, Walerian i Lolita - wszystkiego dobrego w ten chłodny poranek:)
Podobno " Gdy pogoda na Nikodema- niedziel cztery deszczu nie ma".
W kalendarzu wyczytałam, że dziś jest "Dzień Olewania Systemu"; myślę, że niektórym moim znajomym to się spodoba? :)
Cytat na dziś: "Humor jest cieniem fortuny"- Józef Bułatowicz;

Patrząc dziś przez okno, trudno raczej o humor; -szaro, wietrznie, brrr. Niestety synoptycy przewidują, że to już koniec pięknej jesieni i dni mają być już coraz chłodniejsze. W świetle tych informacji, planując wieczór myślimy raczej o fajnej książce i miłym kocu na wygodnej kanapie ale mam informację, która może jednak zmieni wasze plany?
Od kilku lat, coraz większą popularnością cieszy się akcja "noc muzeów". Idąc tym tropem, w najbliższą sobotę organizowana będzie "noc świątyń". To trzecia edycja wieloreligijnego święta. Nikogo nie namawiam do zmiany wiary ale myślę sobie, że zwykle boimy się tego, czego nie znamy. Może więc jest to dobra okazja by chociażby z ciekawości zobaczyć jak wygląda w środku kościół innego wyznania i poznać przynajmniej jego podstawowe doktryny?
Więcej na ten temat na stronach : http://www.nocswiatyn.pl/ lub http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/noc-swiatyn-2017-trzecia-edycja-wieloreligijnego-swieta-w,4229346,art,t,id,tm.html

Nie wiem, czy sama się wybiorę, bo u mnie w domu zapanował wirus ale wszystkich gorąco zachęcam.
Może do zobaczenia? :)

czwartek, 14 września 2017

Jesień zamknięta w przetworach.

Dziś 14 września 2017; czwartek; imieniny obchodzą: Bernard, Roksana, Albert i Jan oraz Matern, Racigniew, Radomira, Salustia, Siemomysław, Szymon i Wiktor. Połową z tych imion edytor podkreślił mi na czerwono😊 – dla mnie też są nowosłowiem, co nie zmienia faktu, że wszystkim solenizantom życzę wszystkiego dobrego.

W jakimś źródle wyczytałam cytat na dziś, który bardzo mi się spodobał: „Dwa półgłówki nie tworzą całej głowy”😊 Biorąc pod uwagę moją ostatnią noc i to, że w moim domu od jakiegoś czasu zaczął się sezon jesiennych przetworów i kiszonek, powinnam się chyba nad nim mocniej zastanowić? 😊 A zaczęło się tak;
Przez wiele lat mieszkaliśmy sami w polach, mając za sąsiadów kapustę i ziemniaki😊 Często słyszeliśmy „ nie boicie się?”, „jak sobie radzicie zimą z odśnieżaniem?”. -Nie baliśmy się, bo każdy jadący w naszą stronę był z daleka widoczny a na niedogodności zimy miałam sposób w postaci numeru telefonu do miłego pana kierowcy odśnieżarki😊  Mieszkanie samemu na odludziu bywało niewygodne ale dawało niesamowitą bliskość z naturą. Mieliśmy zaprzyjaźnionego bażanta, który wykurzał sroki z gniazda na czubku świerku, by każdego wieczora głośno obwieszczać okolicy, że właśnie udaje się na spoczynek😊 

Od kilku lat dzikie zwierzęta już nie przychodzą tak często  a my na stałe mamy już sąsiadów. Wszyscy staramy się żyć w zgodzie. W zeszłym roku, jedna z sąsiadek zapytała, czy kiszę kapustę? -No wiesz, mieszkamy na wsi, to trzeba mieć swoją kiszoną kapustę. -O rety, rety; pomyślałam. Jeszcze mi kiszenia kapusty brakuje. Ogórki, dżemy to i owszem.

 
Każdego roku robię dżemy, soki, galaretki. Przerabiam wiśnie, porzeczki, brzoskwinie; wszystko, co mi wpadnie w ręce chociaż większość z własnego ogrodu. Uwielbiam opisywać i dekorować słoiczki pełne pyszności. Później je ustawiam na półeczkach, cieszę oczy gospodarnej żony i przy każdej okazji rozdaję znajomym, nieskromnie oczekując pochwał:) ale żeby bawić się z kapustą?
Cóż, jak mawiają- tylko krowa nie zmienia poglądów. Po "przespaniu się z tematem", trochę dla podtrzymania dobrych sąsiedzkich relacji a trochę z ciekawości uległam. Kupiłyśmy (niestety plastikowe) beczki, 50 kg poszatkowanej kapusty, pojechałyśmy na targ i.. -ukisiłyśmy😊 Była pyszna. Całą zimę obdarowywałam rodzinę oraz bliższych i dalszych znajomych a sama wyszukiwałam i sprawdzałam przepisy z użyciem mojej kiszonki😊 W tym roku też czekam na kapustę. Póki co, rozpoczęłam sezon kiszonek od ogórków i buraków.
Zachęcona zeszłorocznym sukcesem kiszenia na większą skalę, kupiłam kolejną beczkę z przeznaczeniem na ogóreczki. Na targu wybrałam 10 kg. ślicznych, równiutkich i jędrnych śremskich, potrzebny koperek, czosnek, chrzan i inne ingrediencje; wszystko drobiazgowo zapakowałam, zalałam solanką i czekam.

Przyznam, że ogórki kiszone nie są moją mocną stroną więc tym bardziej jestem ciekawa, czy mi się z nimi uda? Swoją drogą byłoby miło, bo przyznacie, że wyglądają fajnie? 😊
 Rozkręcona ogórkami, zakisiłam też buraki tyle tylko, że to żadna atrakcja, bo buraczki to w sezonie jesienno-zimowym są u mnie właściwie na stałe już od wielu lat. Wstawiam je średnio  co 4 tygodnie. Około 2-3 kg buraków obieram, kroję w dość grube plastry, wrzucam do sporego słoika. Do tego obieram kilka ząbków czosnku lub czasami tylko przekrajam główkę w poprzek, dorzucam kilka ziaren pieprzu, ziele angielskie, listki laurowe i wszystko zalewam przegotowaną i ostudzoną posoloną wodą (1 łyżka stołowa/ 1 litr wody). Przykrywam i odstawiam w ciepłe miejsce na około tydzień-dwa. Czasami dodaję piętkę razowego chleba, wtedy szybciej następuje proces fermentacji ale ostatnio robię bez niej.

Taki zakwas ma wiele wartości odżywczych. Kwas buraczany to napój o wielu właściwościach leczniczych: wzmacnia odporność, reguluje pracę jelit, obniża ciśnienie oraz stężenie cholesterolu we krwi. Swoje działanie kwas buraczany zawdzięcza m.in. dużej zawartości witaminy C oraz kwasowi mlekowemu, który odpowiada za proces fermentacji buraków. Jestem właściwie od niego uzależniona i nie wyobrażam sobie jesiennej kuchni bez widoku słoja z czerwoną zawartością na blacie 😊.
Wczoraj była kolejna odsłona moich przetworów. Od kilku dni jest piękna jesień i cały kraj wpadł w masową histerię grzybobrania. Nie, nie, ja nie byłam na grzybach. Mam dystans do lasów; lubię, szanuję ale staram się na odległość. Nie żebym nie wchodziła wcale ale jakoś zawsze mnie coś tam ugryzie; a to meszka, a to jakaś osa, zawsze coś, a że właściwie jestem uczulona na wszystko, to miewam z tym problem. Poza tym dla mnie wszystkie grzybki są śliczne, jak te, które ostatnio widzieliśmy na niedzielnym spacerze:)




Jeśli chodzi o moją akcję "grzyby 2017", to zamówiłam runo leśne:) od wytrawnej zbieraczki, przez co moja rola miała ograniczyć się do odebrania, obrania i przetworzenia; -ha, banał, obrobię się w jedno popołudnie; pomyślałam😊. Owszem, tak miało być, jednak moje źródło dostawy podeszło do tego baaardzo ambitnie i ... – nie wiem ile było kilogramów?


Zaczęłam o 15stej a skończyłam grubo po północy. Nie możemy z mężem jeść octu, bo nasze wątróbki go nie lubią, więc słoiczków w marynacie jest tylko kilka, poza tym zamroziłam sporo i ususzyłam. Do wigilijnej zupy grzybowej i bigosu jestem już przygotowana😊 Trochę tylko mnie dziś wszystko boli, jestem zmęczona i całą noc śniłam o grzybach😊
Cóż, to wszystko minie a za jakiś czas, zapach zupy grzybowej rozchodzący się po mieszkaniu przywoła słoneczne dni tej jesieni. Dźwięk otwieranego słoiczka sprowokuje uśmiech na ustach i przypomni zarwaną noc w imię ambitnej roli pani domu😊
 
Lato było brzydkie ale jesień wciąż nas rozpieszcza. To podobno ostatnie takie ładne dni, wykorzystujmy je więc tak, by naładować baterie i przygotować się do zbliżającej zimy; by w mroźne wieczory chętnie wracać myślami do kolorowego września😊

 

poniedziałek, 4 września 2017

Pomarańczowy smak wakacji


To był ostatni weekend lata. Dziś młodzież pierwszy raz spotyka się ze szkolnymi ławkami.
Ktoś mi mówił, że lubi ten czas - już nie lata a jeszcze nie jesieni. Dla mnie, to jak pauza po spektaklu, kiedy artyści w podnieceniu oczekują aplauzu a widownia w swoisty sposób zawiesza się zastanawiając, czy właśnie wybrzmiało ostatnie słowo? Może jest jakiś urok tej "przedjesieni" ale mi jednak bardzo szkoda lata.
Dla nas to były kolejne wakacje w Italii; krainie pachnącej rozmarynem, lawendą i ciepłym wiatrem. W tym roku wyjątkowo nie byliśmy tam sami. Może właśnie dlatego i miejsca zwiedzania były trochę inne. Okazało się, że zupełnie z niewiadomego powodu i ja, i moja towarzyszka mamy podobne potrzeby religijne. Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że jesteśmy wyjątkowo bogobojne, bo uważam, że ten rozdział życia jest na tyle intymny, że nic nikomu do tego. Chodzi mi raczej o to, że obie chciałyśmy odwiedzić podobne miejsca i na swój sposób je kontemplować.
Ponieważ tegoroczny wyjazd miał roboczą nazwę „Rzym i okolice”, na zwiedzanie stolicy zarezerwowaliśmy najwięcej czasu. Jeszcze przed wyjazdem znaleźliśmy camping nad samym morzem i kontakt do lokalnej przewodniczki. Dało nam to przynajmniej pozorne poczucie stabilności😊 Po przyjeździe okazało się, że pole namiotowe jest na …… wydmach. http://www.romacampingcastelfusano.it/Default.aspx?len=PL  W latach 60-tych XX wieku założono to miejsce i myślę, że lata jego świetności już minęły. Pierwsze wrażenie nas lekko zmroziło tym bardziej, że noc wcześniej spaliśmy pod Wenecją, gdzie bardzo nam się podobało.
Tu było zupełnie inaczej. Brak wyznaczonych parceli, zamiast trawy wypalony słońcem piach No cóż, jak się nie ma co się lubi, to trzeba się rozsmakować w tym, co jest. Tyle kilometrów od własnej wygodnej sypialni, nie ma co narzekać! Zresztą, przyjechaliśmy tu niekoniecznie po to, by było wygodnie ale żeby było inaczej; przygoda jest przygodą😊


Znaleźliśmy zaciszne miejsce. W sam raz na dwa namioty. Z boku stanęły samochody a z przodu zagospodarowaliśmy wspólną przestrzeń na stoliki, krzesła, parasole😊 Z perspektywy czasu okazało się, że to było bardzo przyjemne miejsce. Pole namiotowe, po bliższym poznaniu dużo zyskało. Blisko morze i duża plaża wzdłuż, której na niekończącym się deptaku było mnóstwo lokalnych knajpek; wygodne kolejowo/metrowe połączenie z Rzymem; a na samym polu sklepik spożywczy prowadzony przez Polkę- przemiłą gadułę chcącą we wszystkim pomóc i o wszystkim uprzedzić.
W zwiedzaniu Rzymu pomagała nam Gosia, drobna blondyneczka, która jak sama przyznała, w swoim czasie zbyt wiele pieniążków wrzuciła do Fontanny di Trevi. Legenda mówi, że jak ktoś wrzuci do fontanny pieniążek, to wróci jeszcze kiedyś do Rzymu😊. Ona wyszła za Włocha i została w wiecznym mieście na zawsze😊 Na marginesie, gdyby się ktoś wybierał w tamte strony, mam do niej telefon i  gorąco ją polecam.

Schody Hiszpańskie:

Wnętrze Caffe Greco:


Polscy bywalcy Caffe Greco:


Wejście do najsłynniejszej literackiej kawiarni w Rzymie:


Chrystus Zmartwychwstały Michała Anioła; rzeźba stojąca w kościele Santa Maria sopra Minerva:


Wnętrze kościoła Santa Maria sopra Minerva:


Plac Świętego Piotra z widokiem na Bazylikę Św. Piotra:


Pieta Michała Anioła:


Grób świętego Jana Pawła II :


Wnętrze, zaledwie niewielki fragment, Bazyliki św. Piotra na Watykanie:


Obraz Matki Bożej z Guadalupe znajdujący się w podziemiach Bazyliki św. Piotra:


Nie będę się tu rozpisywać o Rzymie. Nie wiem nawet, co zrobiło na mnie największe wrażenie? Wszystko było niesamowite i piękne. Nie ma tam starego miasta i przyległości. Na każdym kroku, za każdym rogiem trzeba uważać by nie przeoczyć czegoś ciekawego. Jestem pewna, że nawet te kilka dni, które tam byliśmy, to stanowczo za mało by poczuć klimat tego miejsca i wiem, że wrócimy tam jeszcze😊
Będąc w Rzymie nie mogłyśmy nie wybrać się na audiencję do Papieża. Przewodniczka, dzień wcześniej uprzedzała by być trochę wcześniej by zobaczyć przejeżdżającego po placu Franciszka.
Uroczystość zaczynała się o godz. 10-tej. Z naszego pola to było 1,5 godziny drogi. Wstałyśmy o 6-stej, (kto normalny na wakacjach zrywa się tak wcześnie? 😊) żeby dojechać na czas. Obie potrzebowałyśmy „takiego czasu” „w takim miejscu” i w „takim towarzystwie”. Bardzo nam zależało by zdążyć, co mimo zapasu czasu wcale nie okazało się takie jednoznaczne. Ludzi było co niemiara. Do metra nie można było nawet dojść, co dopiero myśleć o wejściu. W końcu, chyba przy trzeciej próbie, udało nam się niemal wpłynąć z falą innych pielgrzymów do wagonu. Gdy w podobny sposób wyłoniłyśmy się na ulicy, szybko, między innymi ludźmi pobiegłyśmy na wskazane miejsce. Kolejna blokada by przejść przez bramki, nerwowe szukanie najmniejszego tłumu. Udało się niemal w ostatniej chwili. Gdy Ewa zbierała swoje rzeczy z taśmy, zobaczyłam papa-mobile wjeżdżające na plac. Podbiegłyśmy do ustawionych płotków i właściwie „rzutem na taśmę” …zdążyłyśmy. W aparacie mam takie zdjęcie: Środa, 28 czerwca godz. 9.27

 


Jestem pewna, że gdyby nie nasz pośpiech, byłybyśmy, jak większość obecnych, uczestniczkami audiencji ale jednak coś nam mówiło, że mimo wczesnej godzinny należy być tam jak najszybciej😊 Cóż, jak mawiają; „co jest komu pisane, będzie mu objawione”
Schodziłyśmy z placu z napełnionymi sercami i uśmiechami na ustach. Tego dnia czekał nas jeszcze Plac Wenecki i Colosseum z Małgosią, miałyśmy jednak jeszcze sporo czasu. Nie szukałyśmy najkrótszej drogi, chciałyśmy zabłądzić w mieście😊 Gdy ostatni raz odwróciłam się w stronę Bazyliki, niebo pokrywało się ciemnymi chmurami i zaczęło grzmieć.
 
Wstąpiłyśmy do bistro na obowiązkową kawę i rogalika, byłyśmy przecież ciągle przed śniadaniem, a chwilę później do jakiegoś sklepu z pamiątkami. Nagle, jakby niebo się rozstąpiło i zaczęło tak bardzo padać, że drugiej strony ulicy nie było widać. Jakby natura chciała zmyć z ziemi wszystkie troski, które przed chwilą wierni zostawili na Placu Świętego Piotra.
Zagubiłyśmy się spokojnie z Ewą między figurkami aniołów, świętych i innymi dewocjonaliami. Zanim obejrzałyśmy wszystko, na świecie znów świeciło słońce😊



To był nasz ostatni dzień w Rzymie. Gdy żegnaliśmy się z przewodniczką i wspomnieliśmy, że chcemy zobaczyć Asyż, Gosia zaproponowała, by wstąpić po drodze do Cascii, do Świętej Rity. Nie trzeba było nam tego powtarzać😊 Obie z Ewą byłyśmy ciekawe tego miejsca. http://www.arcus.org.pl/przewodnik-po-sanktuariach-opis.php?obiekt=195
Sanktuarium kojarzy mi się z mnóstwem schodów i tłumami wiernych. U Rity było zupełnie inaczej. Ponieważ całe miasto żyje ze świętej, wszystko jest tak zorganizowane, by chciało przyjechać jak najwięcej wiernych. Zaparkowaliśmy na pustym niemal parkingu. Trafiliśmy akurat na godziny sjesty. Miasteczko było jakby wymarłe. Ruchome schody zawiozły nas do windy, którą wjechaliśmy pod same drzwi kościoła. I tam zobaczyliśmy coś, czego do dziś nie rozumiemy a na temat czego możemy tylko spekulować. Byliśmy tylko my i jedna włoska rodzina. Przed schodkami do kościoła włoska mama wyjęła z wózka małą dziewczynkę ubraną w strój zakonnicy. Trzylatka miała sama pokonać kilka schodków i na własnych nogach wejść do kościoła. Rodzice fotografowali, nagrywali film, rozmawiali i tłumaczyli coś dziewczynce.


 
Może tak rodzice rozumieją szacunek do zwiedzania miejsc kultu a może mała była przyobiecana do pełnienia w przyszłości służby u boku świętej? Kto wie? 





Bazylika okazała się być piękna. Jasne wnętrze utrzymane w niebieskiej tonacji, ozdobione freskami, w stylu prymitywizmu, jakby malowane ręką dziecka😊 W bocznej nawie kryształowo złota trumna z zabalsamowanym ciałem zakonnicy. Święta wygląda w niej jakby spała😊 



 

Śliczne miejsce; pełne spokoju i harmonii.
Całkiem niedaleko, właściwie po sąsiedzku jest Asyż, czyli miasteczko Świętego Franciszka. https://pl.wikivoyage.org/wiki/Asy%C5%BC To kolejna perełka architektoniczna. Wąskie uliczki pomiędzy kamiennymi budynkami i kościołami. Urokliwie i  metafizycznie. Jakby czas zatrzymał się w średniowieczu.

 
Właściwie, to myślę, że cały czas wakacji zatrzymał się dla mnie. Mamy początek września a ja myśląc o tamtych dniach wciąż czuję zapach gorącego powietrza i smak spritza; mieszanki Prosseco, Campari i pomarańczowego likieru; podawanego z lodem i plasterkiem pomarańcy (lub oliwką). Piłyśmy go z Ewą w wielu miejscach i na wiele sposobów. To smak ani słodki ani gorzki, idealny smak tegorocznych wakacji😊


środa, 16 sierpnia 2017

Hej Mazury, jakie cudne....

Tak wyszło, że bardziej lub mniej przez przypadek, ostatnio zrobił się ze mnie prawdziwy wodniak. Tydzień temu kajaki, tym razem łódka na Mazurskich Jeziorach😊


 
Długi sierpniowy weekend rozpoczęliśmy w Giżycku na Ekomarinie http://www.ekomarinagizycko.pl/ gdzie czekał na nas przyjaciel z własną łodzią. Ponieważ jego łajba ma tylko 5 miejsc a wiadomo, że w dobrym towarzystwie dobrze się ziewa więc chętnych do tej przygody uzbierało się wielu. Na szczęście wśród nich był również licencjonowany kapitan, wilk morski, który wypożyczył 7 osobową łódeczkę dzięki czemu wszyscy znaleźli koję dla siebie. Nasi nowi „wakacyjni” znajomi zaokrętowali się u Agnieszki i Artura- pomysłodawców wyjazdu a my z dziećmi własnymi i jednym przychodzącym (czyli chłopakiem córki😊) zaciągnęliśmy się jako załoga Piotra.




Po wieczornej wspólnej, dla niektórych zapoznawczej kolacji, była pierwsza noc na wodzie. Wrażenia super. Nie specjalnie bujało; ciepło i przyjemnie. Niestety niewystarczająco dalekie sąsiedztwo okolicznych „sezonowych atrakcji” okazało się odrobinę uciążliwe - dyskoteka i wesołe miasteczko hałasowały do 4 nad ranem. Trochę bliżej nas żeglarska młodzież śpiewała szanty i dość głośno bawiła się przy ognisku ale wymiękła po północy. Cóż my też szybko i nudno nie poszliśmy spać więc dajmy innym spędzać czas po swojemu.   




Przez kolejne cztery dni kręciliśmy się po jeziorze, zaglądaliśmy do marin i szuwarów😊 W niedzielę przycumowaliśmy do mariny w Rydzewie. Miejsce bardzo ładne i czyste. Karczma przy bosmanacie wydawała się być całkiem przyjazna a jedzenie zachęcało do spróbowania tylko jakoś dania bałkańskie, które były tam serwowane nie były tym, co chcieliśmy zjeść będąc na polskich wodach. Nos szwędacza podpowiadał „szukaj dalej”.  "Guzik", który już od 2 miesięcy żegluje po tamtych rejonach powiedział, że gdzieś widział reklamę knajpy z domową kuchnią. Szybko odnaleźliśmy azymut i zaczęliśmy podążać wskazane 300 metrów. Tyle, że 300 metrów to było do kolejnej reklamy, później był jeszcze jeden drogowskaz „Jakubowa Chata” https://pl-pl.facebook.com/jakubowa.chata/  aż w końcu gdzieś pod lasem na końcu piaszczystej drogi znaleźliśmy starą wiejską chatę. Pomalowana na biało z nierównym tynkiem, z ciemnym dachem, drewnianym płotem i ślicznym rustykalne obejściem, taki „dom w malwy malowany”😊



 
Przeuroczy kelner, pan Szymon szybko znalazł dla nas miejsce, co okazało się małym problemem, bo gości było sporo a nasza gromada to bagatela 10 dorosłych osób i pies😊


 
Jedzenie było smaczne, faktycznie swojskie i klasyczne, w bardzo przyzwoitych cenach. Pracownicy  bardzo młodzi i szalenie im zależało by goście wychodzili zadowoleni. Do tego stopnia, że gdy zamówiliśmy coś z karty ale poprosiliśmy bez jednego składnika, chodziło o ananasa, na który zamawiający był uczulony, młodziutka kucharka przybiegła i dopytywała, czy na pewno dobrze zrozumiała i czy może zastąpić to czymś innym? 😊
Wracaliśmy stamtąd najedzeni, dopieszczeni jakby z innej epoki. Troszeczkę jak z filmu „Nad Niemnem” zauroczeni wiejskim klimatem wakacji u babci. Jeśli ktoś kiedyś zabłądzi w te strony, musi tu trafić koniecznie! 😊
To był mój pierwszy raz na łódkach. Jestem zauroczona. Cudowny jest ten brak konieczności czegokolwiek, ten luz, ta wolność. Dla niektórych to nuda, bo trzeba być głównie ze sobą ale to właśnie jest piękne, by potrafić nie nudzić się z sobą samym i nie zamęczyć innych swoją osobą. Czas na łódce, to jak z polskimi filmami- „nudy Panie, nudy, nic się nie dzieje”😊
- Chyba znów muszę obejrzeć „Rejs”?😊
 
Okazuje się, że w każdym wieku można znaleźć coś nowego dla siebie. Ja znalazłam, czego i Wam życzę😊
 
 
 
 

środa, 9 sierpnia 2017

Topielica z mielizny


Ojejciu, jejciu, co to był za weekend? 😊

Zaczęło się bardzo zwyczajnie. W sobotę przypadała rocznica ślubu czyli dnia od którego zaczęła się moja przygoda bycia żoną. W środę rozmawialiśmy z mężem, czy zorganizujemy coś z tej okazji ale ponieważ pojawiła się możliwość wyjazdu na kajaki a nasi przyjaciele też mieli taką rocznicę, postanowiliśmy, że zrobimy im niespodziankę i w ramach prezentu zabierzemy ich na łono natury😊

Ostatecznie okazało się, że nie my im ale oni nam zrobili niespodziankę nie przyjmując naszego doskonałego pomysłu, bo … „-wyjeżdżają na wyspy kanaryjskie”.

Buu, super, że jadą, należy się to każdemu ale żeby nie powiedzieć najbliższym znajomym? Już nie mówię, że nie proponowali byśmy pojechali z nimi. Cały rok utrzymujemy ścisły kontakt a mały detoks dobry jest nawet w najlepszym małżeństwie ale żeby robić z tego taaaką tajemnicę? – Głupio nam się zrobiło. Cóż niespodzianka  niespodziance nierówna. Trudno, pojedziemy bez nich.

Przeprawa była przez Radomkę. Pojechaliśmy do Warki, tam zostawiliśmy samochód, właściciel kajaków zapakował nas do dużego busa i odwiózł „na linię startu”😊

Rzeka okazała się bardzo spokojna, przyjazna i płytka. Pogoda wręcz wymarzona; słoneczna i właściwie bezwietrzna. Sporo meandrów i przeszkód sprawiało, że często trzeba było coś omijać. Kilka razy stawaliśmy na krótkie pikniki. Zbliżaliśmy się do końca, kiedy na drodze zauważyłam konar. Nie mogłam się zdecydować czy ominiemy go z prawej czy z lewej…w końcu, gdy już miałam zrobić zwrot, prąd nas skierował na sam środek przeszkody, która bardzo skutecznie nas zablokowała. Po chwili zaczęliśmy nabierać wody. Rzeka była płytka, może na wysokość kajaka, dokładnie tyle by nasz sprzęt osiadł na dnie a wszystkie rzeczy wypłynęły grzecznie do góry i z prądem rzeki podryfowały do przodu. Ha, ha ale śmieszne, pomyślałam. Mąż podniósł wszystko i silnie trzymał a ja łapałam co popadło i wyrzucałam na brzeg. Później przekręciliśmy kajak do góry dnem i wylaliśmy całą wodę.

Jeśli ktoś myśli, że na mieliźnie nie można utopić kajaka, to się myli😊 My to potrafimy😊 Pozbieraliśmy wszystko, wrzuciliśmy z powrotem do kajaka i dociągnęliśmy go do mety. Tak, tak  dociągnęliśmy bo to było może 15 metrów i przecież wspominałam, że było płytko😊

Wieczorem zrobiliśmy ognisko, było wspólne biesiadowanie z dziećmi i dwiema parami przyjaciół.. cudownie, beztrosko i wakacyjnie😊

Ale to nie koniec naszych atrakcji w czasie weekendu. Wracając do domu, wstąpiliśmy do muzeum wojska w Studziankach Pancernych i okazało się, że trafiliśmy akurat na obchody 73 rocznicy bitwy i inscenizację historyczną😊






 
Były „walki”, wozy bojowe, militaria, można było postrzelać. Ja trzykrotnie ustrzeliłam przeciwnika z jakiegoś winchestera😊 śmialiśmy się, że najpierw się topiliśmy a później wstąpiliśmy na wojnę😊