Zawsze miałam słabość do kultury, tej osobistej zgodnej z
zasadami savoir-vivre https://pl.wikipedia.org/wiki/Savoir-vivre
, który już dziś coraz mniej osób zna jak również i szeroko pojętej; wyrażanej
przez teatr, sztukę czy odnajdywanej na stronach wartościowej książki😊
Czasami mam wrażenie, że nie do końca przystaję do dzisiejszych, szybkich i
szalenie komercyjnych czasów, że ciałem staram się być tu a duszą jestem z moją
prababką😊 Odczuwam wewnętrzny bunt na to, że zanika
kultura obycia. Mam na myśli przepuszczanie kobiety w drzwiach, mówienie na ulicy dzień dobry
osobie, której twarz jest nam znajoma, ustąpienie miejsca w autobusie staruszce
lub podniesienie jej zakupów. Może to wina nowoczesności a może i same staruszki
już nie są takie, jak kiedyś?
Gdy któregoś dnia córka powiedziała, że widziała pod blokiem swoich dziadków, starszą panią z siatami. Zaproponowała jej, że pomoże i zaniesie do klatki ciężary. Wtedy owa starsza pani obruszyła się, jeszcze mocniej zacisnęła swoje sprawunki i powiedziała kilka niemiłych słów odganiając moją córkę obcesowo.Tyle się słyszy o metodach „na wnuczka” i o agresji młodzieży, że starsza pani nie mogła uwierzyć, iż propozycja pomocy nie miała mieć nieuczciwego zakończenia. Takich przykładów jest wiele.
Koleżanka zaproponowała mi chodzenie. Wiem - brzmi …prowokacyjnie choć sprawa jest trywialna; -ot zwyczajne wieczorne spacery by kobiety w średnim wieku lepiej spały😊) . Z tą właśnie znajomą przy okazji któregoś wyjścia, rozmawiałyśmy o obyczajach. Obie nie tolerujemy, by kobiety pierwsze mówiły panom „dzień dobry” a tego, jak się okazało, oczekuje jej sąsiad od niej. Zdecydowane „nie” dla takich praktyk. Wiem, że feministki robią tu krecią robotę i panowie mogą powiedzieć „same chciałyście równouprawnienia i równego traktowania”. No niby tak ale wszystkiego z umiarem. Poza tym, żadne nabyte prawa nie spowodowały, że stałam się babochłopem. Ja nadal jestem kobietą i chciałabym by mężczyźni tak mnie postrzegali. Dlatego z uporem maniaczki zawsze uczulam moje bliższe i dalsze znajome by nie wtajemniczały mężczyzn w cały ten nasz świat „menstruacyjno tamponowy” a dzięki temu zachowamy metafizyczną woalkę tajemniczości płci pięknej😊 Czasami tak mało trzeba by facet chciał się przy nas czuć mężczyzną.
Gdy któregoś dnia córka powiedziała, że widziała pod blokiem swoich dziadków, starszą panią z siatami. Zaproponowała jej, że pomoże i zaniesie do klatki ciężary. Wtedy owa starsza pani obruszyła się, jeszcze mocniej zacisnęła swoje sprawunki i powiedziała kilka niemiłych słów odganiając moją córkę obcesowo.Tyle się słyszy o metodach „na wnuczka” i o agresji młodzieży, że starsza pani nie mogła uwierzyć, iż propozycja pomocy nie miała mieć nieuczciwego zakończenia. Takich przykładów jest wiele.
Koleżanka zaproponowała mi chodzenie. Wiem - brzmi …prowokacyjnie choć sprawa jest trywialna; -ot zwyczajne wieczorne spacery by kobiety w średnim wieku lepiej spały😊) . Z tą właśnie znajomą przy okazji któregoś wyjścia, rozmawiałyśmy o obyczajach. Obie nie tolerujemy, by kobiety pierwsze mówiły panom „dzień dobry” a tego, jak się okazało, oczekuje jej sąsiad od niej. Zdecydowane „nie” dla takich praktyk. Wiem, że feministki robią tu krecią robotę i panowie mogą powiedzieć „same chciałyście równouprawnienia i równego traktowania”. No niby tak ale wszystkiego z umiarem. Poza tym, żadne nabyte prawa nie spowodowały, że stałam się babochłopem. Ja nadal jestem kobietą i chciałabym by mężczyźni tak mnie postrzegali. Dlatego z uporem maniaczki zawsze uczulam moje bliższe i dalsze znajome by nie wtajemniczały mężczyzn w cały ten nasz świat „menstruacyjno tamponowy” a dzięki temu zachowamy metafizyczną woalkę tajemniczości płci pięknej😊 Czasami tak mało trzeba by facet chciał się przy nas czuć mężczyzną.
Taki mój mały świat troszeczkę z myszką, z miłymi Paniami i
kulturalnymi Panami, znalazłam całkiem niedaleko.
Dwa miesiące temu dołączyłam do Towarzystwa Śpiewaczego „Kulturalny
Komorów”. Koncert w ich wykonaniu usłyszałam przed Pasterką (2016), to był „Mesjasz”
G.F.Handla cz.1 i mimo, że zupełnie nie znam się na muzyce a w szczególności
Takiej, wpadłam po uszy. Kiedy więc w styczniu, zaproponowano mi udział w
kolejnej części tego projektu, zgodziłam się szczęśliwa, że mogę spróbować.
Zawsze gdzieś śpiewałam lub tańczyłam. Jako dorastająca panienka miałam nawet
nie romans a całkiem długoletni związek z zespołem pieśni i tańca. Teraz
to wprawdzie coś zupełnie innego ale przecież też muzyka i w dodatku z „wysokiej półki”;
tym milej zapowiadała się ta przygoda😊 Tyle, że słowo „przygoda” było do pierwszej
próby. Wtedy okazało się, że to jak przygotowywanie się do olimpiady, która
będzie (już!!) za dwa miesiące; ciężka praca nad szalenie trudnym repertuarem. Ja
laiczka, nieczytająca zapisu muzycznego widziałam tylko, że na pięciolinii bywało
bardzo ciemno od gęstości nutek a niektóre z nich były wyżej niż poziome kreseczki. Dla mojego
nieszkolonego głosu to była masakra. To jak zdobywanie Mont Everestu bez czekanów i zimowego sprzętu. "Wieszałam się" już na rozgrzewkach a po
próbach, zupełnie bezgłośnie wracałam do domu i cichutko kładłam się spać. Moich
domowników przestało dziwić moje nałogowe picie oliwy😊
Jak teraz o tym myślę, faktycznie było bardzo ciężko ale warto. W minioną niedzielę był pierwszy koncert. Podniosła atmosfera,
panowie w garniturach, panie w czarnych sukniach, w powietrzu zdenerwowanie i trema;
skupiony dyrygent smyczkiem dał znać i ruszyło...
Pierwszy koncert za nami. Bez większych wpadek. Nikt nie okazał się
samozwańczym solistą😊 Było cu-do-wnie; miło i bardzo kulturalnie.
Moja babcia mawiała, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Myślę, że z tą grupą ludzi, amatorów-zapaleńców, których siłą jest wiara w swoje możliwości, ufność w profesjonalizm dyrygenta Witolda i oddanie się idei nie bałabym się nic zgubić. Każdy podarował cząstkę siebie. Wszystkich nas poza muzyką łączy ogromna przyjemność z bycia razem. Możliwości pędzania czasu w swoim towarzystwie bez złośliwości, zawiści i zazdrości. To moja mała ojczyzna😊
Moja babcia mawiała, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Myślę, że z tą grupą ludzi, amatorów-zapaleńców, których siłą jest wiara w swoje możliwości, ufność w profesjonalizm dyrygenta Witolda i oddanie się idei nie bałabym się nic zgubić. Każdy podarował cząstkę siebie. Wszystkich nas poza muzyką łączy ogromna przyjemność z bycia razem. Możliwości pędzania czasu w swoim towarzystwie bez złośliwości, zawiści i zazdrości. To moja mała ojczyzna😊
Życzę Wam i sobie, by takich ojczyzn wokół nas było jak najwięcej😊
P.S. - A gdybyście chcieli sami dotknąć, tego o czym pisałam to najbliższa okazja w niedzielę 14 maja o 11;40 w kościele na Bielanach, ul. Dewajtis, później będzie
jeszcze kilka okazji:
Serdecznie zapraszam😊





