poniedziałek, 4 września 2017

Pomarańczowy smak wakacji


To był ostatni weekend lata. Dziś młodzież pierwszy raz spotyka się ze szkolnymi ławkami.
Ktoś mi mówił, że lubi ten czas - już nie lata a jeszcze nie jesieni. Dla mnie, to jak pauza po spektaklu, kiedy artyści w podnieceniu oczekują aplauzu a widownia w swoisty sposób zawiesza się zastanawiając, czy właśnie wybrzmiało ostatnie słowo? Może jest jakiś urok tej "przedjesieni" ale mi jednak bardzo szkoda lata.
Dla nas to były kolejne wakacje w Italii; krainie pachnącej rozmarynem, lawendą i ciepłym wiatrem. W tym roku wyjątkowo nie byliśmy tam sami. Może właśnie dlatego i miejsca zwiedzania były trochę inne. Okazało się, że zupełnie z niewiadomego powodu i ja, i moja towarzyszka mamy podobne potrzeby religijne. Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że jesteśmy wyjątkowo bogobojne, bo uważam, że ten rozdział życia jest na tyle intymny, że nic nikomu do tego. Chodzi mi raczej o to, że obie chciałyśmy odwiedzić podobne miejsca i na swój sposób je kontemplować.
Ponieważ tegoroczny wyjazd miał roboczą nazwę „Rzym i okolice”, na zwiedzanie stolicy zarezerwowaliśmy najwięcej czasu. Jeszcze przed wyjazdem znaleźliśmy camping nad samym morzem i kontakt do lokalnej przewodniczki. Dało nam to przynajmniej pozorne poczucie stabilności😊 Po przyjeździe okazało się, że pole namiotowe jest na …… wydmach. http://www.romacampingcastelfusano.it/Default.aspx?len=PL  W latach 60-tych XX wieku założono to miejsce i myślę, że lata jego świetności już minęły. Pierwsze wrażenie nas lekko zmroziło tym bardziej, że noc wcześniej spaliśmy pod Wenecją, gdzie bardzo nam się podobało.
Tu było zupełnie inaczej. Brak wyznaczonych parceli, zamiast trawy wypalony słońcem piach No cóż, jak się nie ma co się lubi, to trzeba się rozsmakować w tym, co jest. Tyle kilometrów od własnej wygodnej sypialni, nie ma co narzekać! Zresztą, przyjechaliśmy tu niekoniecznie po to, by było wygodnie ale żeby było inaczej; przygoda jest przygodą😊


Znaleźliśmy zaciszne miejsce. W sam raz na dwa namioty. Z boku stanęły samochody a z przodu zagospodarowaliśmy wspólną przestrzeń na stoliki, krzesła, parasole😊 Z perspektywy czasu okazało się, że to było bardzo przyjemne miejsce. Pole namiotowe, po bliższym poznaniu dużo zyskało. Blisko morze i duża plaża wzdłuż, której na niekończącym się deptaku było mnóstwo lokalnych knajpek; wygodne kolejowo/metrowe połączenie z Rzymem; a na samym polu sklepik spożywczy prowadzony przez Polkę- przemiłą gadułę chcącą we wszystkim pomóc i o wszystkim uprzedzić.
W zwiedzaniu Rzymu pomagała nam Gosia, drobna blondyneczka, która jak sama przyznała, w swoim czasie zbyt wiele pieniążków wrzuciła do Fontanny di Trevi. Legenda mówi, że jak ktoś wrzuci do fontanny pieniążek, to wróci jeszcze kiedyś do Rzymu😊. Ona wyszła za Włocha i została w wiecznym mieście na zawsze😊 Na marginesie, gdyby się ktoś wybierał w tamte strony, mam do niej telefon i  gorąco ją polecam.

Schody Hiszpańskie:

Wnętrze Caffe Greco:


Polscy bywalcy Caffe Greco:


Wejście do najsłynniejszej literackiej kawiarni w Rzymie:


Chrystus Zmartwychwstały Michała Anioła; rzeźba stojąca w kościele Santa Maria sopra Minerva:


Wnętrze kościoła Santa Maria sopra Minerva:


Plac Świętego Piotra z widokiem na Bazylikę Św. Piotra:


Pieta Michała Anioła:


Grób świętego Jana Pawła II :


Wnętrze, zaledwie niewielki fragment, Bazyliki św. Piotra na Watykanie:


Obraz Matki Bożej z Guadalupe znajdujący się w podziemiach Bazyliki św. Piotra:


Nie będę się tu rozpisywać o Rzymie. Nie wiem nawet, co zrobiło na mnie największe wrażenie? Wszystko było niesamowite i piękne. Nie ma tam starego miasta i przyległości. Na każdym kroku, za każdym rogiem trzeba uważać by nie przeoczyć czegoś ciekawego. Jestem pewna, że nawet te kilka dni, które tam byliśmy, to stanowczo za mało by poczuć klimat tego miejsca i wiem, że wrócimy tam jeszcze😊
Będąc w Rzymie nie mogłyśmy nie wybrać się na audiencję do Papieża. Przewodniczka, dzień wcześniej uprzedzała by być trochę wcześniej by zobaczyć przejeżdżającego po placu Franciszka.
Uroczystość zaczynała się o godz. 10-tej. Z naszego pola to było 1,5 godziny drogi. Wstałyśmy o 6-stej, (kto normalny na wakacjach zrywa się tak wcześnie? 😊) żeby dojechać na czas. Obie potrzebowałyśmy „takiego czasu” „w takim miejscu” i w „takim towarzystwie”. Bardzo nam zależało by zdążyć, co mimo zapasu czasu wcale nie okazało się takie jednoznaczne. Ludzi było co niemiara. Do metra nie można było nawet dojść, co dopiero myśleć o wejściu. W końcu, chyba przy trzeciej próbie, udało nam się niemal wpłynąć z falą innych pielgrzymów do wagonu. Gdy w podobny sposób wyłoniłyśmy się na ulicy, szybko, między innymi ludźmi pobiegłyśmy na wskazane miejsce. Kolejna blokada by przejść przez bramki, nerwowe szukanie najmniejszego tłumu. Udało się niemal w ostatniej chwili. Gdy Ewa zbierała swoje rzeczy z taśmy, zobaczyłam papa-mobile wjeżdżające na plac. Podbiegłyśmy do ustawionych płotków i właściwie „rzutem na taśmę” …zdążyłyśmy. W aparacie mam takie zdjęcie: Środa, 28 czerwca godz. 9.27

 


Jestem pewna, że gdyby nie nasz pośpiech, byłybyśmy, jak większość obecnych, uczestniczkami audiencji ale jednak coś nam mówiło, że mimo wczesnej godzinny należy być tam jak najszybciej😊 Cóż, jak mawiają; „co jest komu pisane, będzie mu objawione”
Schodziłyśmy z placu z napełnionymi sercami i uśmiechami na ustach. Tego dnia czekał nas jeszcze Plac Wenecki i Colosseum z Małgosią, miałyśmy jednak jeszcze sporo czasu. Nie szukałyśmy najkrótszej drogi, chciałyśmy zabłądzić w mieście😊 Gdy ostatni raz odwróciłam się w stronę Bazyliki, niebo pokrywało się ciemnymi chmurami i zaczęło grzmieć.
 
Wstąpiłyśmy do bistro na obowiązkową kawę i rogalika, byłyśmy przecież ciągle przed śniadaniem, a chwilę później do jakiegoś sklepu z pamiątkami. Nagle, jakby niebo się rozstąpiło i zaczęło tak bardzo padać, że drugiej strony ulicy nie było widać. Jakby natura chciała zmyć z ziemi wszystkie troski, które przed chwilą wierni zostawili na Placu Świętego Piotra.
Zagubiłyśmy się spokojnie z Ewą między figurkami aniołów, świętych i innymi dewocjonaliami. Zanim obejrzałyśmy wszystko, na świecie znów świeciło słońce😊



To był nasz ostatni dzień w Rzymie. Gdy żegnaliśmy się z przewodniczką i wspomnieliśmy, że chcemy zobaczyć Asyż, Gosia zaproponowała, by wstąpić po drodze do Cascii, do Świętej Rity. Nie trzeba było nam tego powtarzać😊 Obie z Ewą byłyśmy ciekawe tego miejsca. http://www.arcus.org.pl/przewodnik-po-sanktuariach-opis.php?obiekt=195
Sanktuarium kojarzy mi się z mnóstwem schodów i tłumami wiernych. U Rity było zupełnie inaczej. Ponieważ całe miasto żyje ze świętej, wszystko jest tak zorganizowane, by chciało przyjechać jak najwięcej wiernych. Zaparkowaliśmy na pustym niemal parkingu. Trafiliśmy akurat na godziny sjesty. Miasteczko było jakby wymarłe. Ruchome schody zawiozły nas do windy, którą wjechaliśmy pod same drzwi kościoła. I tam zobaczyliśmy coś, czego do dziś nie rozumiemy a na temat czego możemy tylko spekulować. Byliśmy tylko my i jedna włoska rodzina. Przed schodkami do kościoła włoska mama wyjęła z wózka małą dziewczynkę ubraną w strój zakonnicy. Trzylatka miała sama pokonać kilka schodków i na własnych nogach wejść do kościoła. Rodzice fotografowali, nagrywali film, rozmawiali i tłumaczyli coś dziewczynce.


 
Może tak rodzice rozumieją szacunek do zwiedzania miejsc kultu a może mała była przyobiecana do pełnienia w przyszłości służby u boku świętej? Kto wie? 





Bazylika okazała się być piękna. Jasne wnętrze utrzymane w niebieskiej tonacji, ozdobione freskami, w stylu prymitywizmu, jakby malowane ręką dziecka😊 W bocznej nawie kryształowo złota trumna z zabalsamowanym ciałem zakonnicy. Święta wygląda w niej jakby spała😊 



 

Śliczne miejsce; pełne spokoju i harmonii.
Całkiem niedaleko, właściwie po sąsiedzku jest Asyż, czyli miasteczko Świętego Franciszka. https://pl.wikivoyage.org/wiki/Asy%C5%BC To kolejna perełka architektoniczna. Wąskie uliczki pomiędzy kamiennymi budynkami i kościołami. Urokliwie i  metafizycznie. Jakby czas zatrzymał się w średniowieczu.

 
Właściwie, to myślę, że cały czas wakacji zatrzymał się dla mnie. Mamy początek września a ja myśląc o tamtych dniach wciąż czuję zapach gorącego powietrza i smak spritza; mieszanki Prosseco, Campari i pomarańczowego likieru; podawanego z lodem i plasterkiem pomarańcy (lub oliwką). Piłyśmy go z Ewą w wielu miejscach i na wiele sposobów. To smak ani słodki ani gorzki, idealny smak tegorocznych wakacji😊


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz