W jakimś źródle wyczytałam cytat na dziś, który bardzo mi się
spodobał: „Dwa półgłówki nie tworzą całej głowy”😊 Biorąc
pod uwagę moją ostatnią noc i to, że w moim domu od jakiegoś czasu zaczął się
sezon jesiennych przetworów i kiszonek, powinnam się chyba nad nim mocniej
zastanowić? 😊 A zaczęło się tak;
Przez wiele lat mieszkaliśmy sami w polach, mając za sąsiadów
kapustę i ziemniaki😊 Często słyszeliśmy „ nie boicie się?”, „jak
sobie radzicie zimą z odśnieżaniem?”. -Nie baliśmy się, bo każdy jadący w naszą
stronę był z daleka widoczny a na niedogodności zimy miałam sposób w postaci
numeru telefonu do miłego pana kierowcy odśnieżarki😊 Mieszkanie samemu na odludziu bywało
niewygodne ale dawało niesamowitą bliskość z naturą. Mieliśmy zaprzyjaźnionego
bażanta, który wykurzał sroki z gniazda na czubku świerku, by każdego wieczora
głośno obwieszczać okolicy, że właśnie udaje się na spoczynek😊
Od kilku lat dzikie zwierzęta już nie przychodzą tak często a my na stałe mamy już sąsiadów. Wszyscy
staramy się żyć w zgodzie. W zeszłym roku, jedna z sąsiadek zapytała, czy kiszę
kapustę? -No wiesz, mieszkamy na wsi, to trzeba mieć swoją kiszoną kapustę. -O
rety, rety; pomyślałam. Jeszcze mi kiszenia kapusty brakuje. Ogórki, dżemy to i
owszem.
Każdego roku robię dżemy, soki, galaretki. Przerabiam wiśnie, porzeczki, brzoskwinie; wszystko, co mi wpadnie w ręce chociaż większość z własnego ogrodu. Uwielbiam opisywać i dekorować słoiczki pełne pyszności. Później je ustawiam na półeczkach, cieszę oczy gospodarnej żony i przy każdej okazji rozdaję znajomym, nieskromnie oczekując pochwał:) ale żeby bawić się
z kapustą?
Cóż, jak mawiają- tylko krowa nie zmienia poglądów. Po "przespaniu się z tematem",
trochę dla podtrzymania dobrych sąsiedzkich relacji a trochę z ciekawości
uległam. Kupiłyśmy (niestety plastikowe) beczki, 50 kg poszatkowanej kapusty,
pojechałyśmy na targ i.. -ukisiłyśmy😊 Była pyszna. Całą zimę obdarowywałam rodzinę
oraz bliższych i dalszych znajomych a sama wyszukiwałam i sprawdzałam przepisy
z użyciem mojej kiszonki😊 W tym roku też czekam na kapustę. Póki co,
rozpoczęłam sezon kiszonek od ogórków i buraków.
Zachęcona zeszłorocznym sukcesem kiszenia na większą skalę,
kupiłam kolejną beczkę z przeznaczeniem na ogóreczki. Na targu wybrałam 10 kg. ślicznych,
równiutkich i jędrnych śremskich, potrzebny koperek, czosnek, chrzan i inne
ingrediencje; wszystko drobiazgowo zapakowałam, zalałam solanką i czekam.
Przyznam, że ogórki kiszone nie są moją mocną stroną więc tym bardziej
jestem ciekawa, czy mi się z nimi uda? Swoją drogą byłoby miło, bo przyznacie,
że wyglądają fajnie? 😊
Rozkręcona ogórkami,
zakisiłam też buraki tyle tylko, że to żadna atrakcja, bo buraczki to w sezonie jesienno-zimowym są
u mnie właściwie na stałe już od wielu lat. Wstawiam je średnio co 4 tygodnie. Około 2-3 kg buraków obieram,
kroję w dość grube plastry, wrzucam do sporego słoika. Do tego obieram kilka
ząbków czosnku lub czasami tylko przekrajam główkę w poprzek, dorzucam kilka
ziaren pieprzu, ziele angielskie, listki laurowe i wszystko zalewam
przegotowaną i ostudzoną posoloną wodą (1 łyżka stołowa/ 1 litr wody). Przykrywam
i odstawiam w ciepłe miejsce na około tydzień-dwa. Czasami dodaję piętkę
razowego chleba, wtedy szybciej następuje proces fermentacji ale ostatnio robię
bez niej.
Taki zakwas ma wiele wartości odżywczych. Kwas buraczany to napój o wielu właściwościach
leczniczych: wzmacnia odporność, reguluje pracę jelit, obniża ciśnienie oraz
stężenie cholesterolu we krwi. Swoje działanie kwas buraczany zawdzięcza m.in.
dużej zawartości witaminy C oraz kwasowi mlekowemu, który odpowiada za proces fermentacji
buraków. Jestem właściwie od niego
uzależniona i nie wyobrażam sobie jesiennej kuchni bez widoku słoja z czerwoną
zawartością na blacie 😊.
Wczoraj była kolejna
odsłona moich przetworów. Od kilku dni jest piękna jesień i cały kraj wpadł w
masową histerię grzybobrania. Nie, nie, ja nie byłam na grzybach. Mam dystans
do lasów; lubię, szanuję ale staram się na odległość. Nie żebym nie wchodziła
wcale ale jakoś zawsze mnie coś tam ugryzie; a to meszka, a to jakaś osa,
zawsze coś, a że właściwie jestem uczulona na wszystko, to miewam z tym
problem. Poza tym dla mnie wszystkie grzybki są śliczne, jak te, które ostatnio widzieliśmy na niedzielnym spacerze:)
Jeśli chodzi o moją akcję "grzyby 2017", to zamówiłam runo leśne:) od wytrawnej zbieraczki, przez co moja rola miała ograniczyć się do odebrania, obrania i przetworzenia; -ha, banał, obrobię się w jedno popołudnie; pomyślałam😊. Owszem, tak miało być, jednak moje źródło dostawy podeszło do tego baaardzo ambitnie i ... – nie wiem ile było kilogramów?
Zaczęłam o 15stej a
skończyłam grubo po północy. Nie możemy z mężem jeść octu, bo nasze wątróbki go
nie lubią, więc słoiczków w marynacie jest tylko kilka, poza tym zamroziłam
sporo i ususzyłam. Do wigilijnej zupy grzybowej i bigosu jestem już
przygotowana😊 Trochę tylko mnie dziś wszystko boli, jestem zmęczona i
całą noc śniłam o grzybach😊
Cóż, to wszystko minie a za jakiś czas, zapach zupy grzybowej rozchodzący się po mieszkaniu przywoła słoneczne dni tej jesieni. Dźwięk otwieranego słoiczka sprowokuje uśmiech na ustach i przypomni zarwaną noc w imię ambitnej roli pani domu😊
Cóż, to wszystko minie a za jakiś czas, zapach zupy grzybowej rozchodzący się po mieszkaniu przywoła słoneczne dni tej jesieni. Dźwięk otwieranego słoiczka sprowokuje uśmiech na ustach i przypomni zarwaną noc w imię ambitnej roli pani domu😊
Lato było brzydkie ale
jesień wciąż nas rozpieszcza. To podobno ostatnie takie ładne dni,
wykorzystujmy je więc tak, by naładować baterie i przygotować się do
zbliżającej zimy; by w mroźne wieczory chętnie wracać myślami do kolorowego września😊








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz